Menu

Warszawa

Miasto na wskroś mnie przeszywa

Wszędzie jest wyspa Tu.

varshava

 W ogrodzie Krasińskich też jest wyspa Tu.

Rybacy wyłowili z głębiny butelkę. Był w niej papier, a na nim takie były słowa: "Ludzie, ratujcie! Jestem tu. Ocean mnie wyrzucił na bezludną wyspę. Stoję na brzegu i czekam pomocy. Spieszcie się! Jestem tu!"
Brakuje daty. Pewnie już za późno. Butelka mogła długo pływać w morzu
- powiedział rybak pierwszy.
I miejsce nie zostało oznaczone. Nawet ocean nie wiadomo który
- powiedział rybak drugi.
Ani za późno, ani za daleko. Wszędzie jest wyspa Tu
- powiedział rybak trzeci.
Zrobiło się nieswojo, zapadło milczenie. Prawdy ogólne mają to do siebie.
Wisława Szymborska "Przypowieść"

Sztafeta czyli pędzący Zachód vs kontemplujący Wschód

varshava

Atleci pędzący z Pragi ku lewej stronie Wisły znani są na pewno każdej osobie, która była choć raz przy Rondzie Waszyngtona. Rzeźba autorstwa Adama Romana stoi tam bowiem już od 60 lat (tyle dokładnie atleci skończą 22 lipca).

sztafeta

Autor tworząc wzorował się na rysunkach z greckich waz oraz na reliefie „Marsylianka” François Rude'a znajdującym się na Łuku Triumfalnym w Paryżu. Mijają lata, zmieniają się stadiony i ich funkcje, a betonowa rzeźba wciąż trwa. Jest wykonana z betonu na stalowym szkielecie, ponieważ robiona była w pośpiechu, by zdążyć na otwarcie Stadionu Dziesięciolecia. Nie górował on tak nad miastem jak obecna wersja.

rq19xs8swucean82

Źródło

Rzeźbę zdążono wykonać, odsłonięto ją o czasie, lecz plany, aby później zamienić ją na spiżową wersję odrzucono. Z tego powodu szybko niszczała. Przy okazji budowy Stadionu Narodowego "Sztafetę" odrestaurowano, pojawiają się także pomysły, aby ją zastąpić wersją odlaną z brązu. Na razie jednak stoi, tak jak stała.

Pędzący atleci z całą pewnością pasują do ruchliwego europejskiego miasta. Pęd ze wschodu na zachód kiedyś uzasadniany był politycznie. Dziś jednak przybysze ze wschodu, zwłaszcza dalekiego, też już nie kojarzą się tak jak dawniej, czyli jako ci, którzy przyszli z krainy spokoju i uważności. Więcej na ten temat można dowiedzieć się czytając wpisy na tej stronie: Serica. I stamtąd pochodzi cytat, który zakończy dzisiejszy wpis chwilą refleksji.

Ten, kto pragnie zachować zdrowie, powinien zachować umiar w osądach, wyeliminować wszelki niepokój, pohamować pragnienia, powściągać emocje, troszczyć się o siłę witalną, oszczędnie używać słów, podchodzić lekko do sukcesów i porażek, ignorować smutek i trudności, rezygnować z bezsensownych ambicji, unikać wzburzenia i nienawiści, uspokoić uszy i oczy i słuchać swego wewnętrznego głosu.
Lin Yutang „Sztuka życia”

Zofia Stryjeńska, czyli rzecz o emancypacji

varshava

Dokładnie 124 lata temu, 13 maja 1891 r. urodziła się Zofia Stryjeńska. Artystka, której dzieła mijamy często w Warszawie, dlatego dziś kilka o niej słów.

Tak się zdarzało w przeszłości, że jeśli kobieta była zdolna i chciała się rozwijać musiała mieć wiele samozaparcia. Tak było z Marią Skłodowską - Curie, która nie mogła studiować w Polsce, więc wyemigrowała do Francji. Podobnie było z Zofią Stryjeńską, która podjęła studia malarskie w Akademii Sztuk Pięknych w Monachium w 1911 r. przebrana za mężczyznę. Egzaminy zdawała jako Tadeusz Grzymała Lubański. Została jednak rozpoznana i musiała przerwać studia. Nie przerwała jednak działalności artystycznej. Lata 20. i 30. były pewnie najlepszym czasem dla jej twórczości. O całym niezwykle bogatym życiorysie Artystki nie da się tu napisać (ale warto dowiedzieć się więcej, np. tutaj - Trzecia młodość Stryjeńskiej, no i oczywiście w pamiętnikach samej Stryjeńskiej - "Chleb prawie że powszedni")

Dziś o warszawskich z nią spotkaniach. Zaczniemy więc oczywiście od Starówki i Kamienicy pod Lwem, na której podziwiać możemy polichromie jej autorstwa. Jest to narożny budynek przy Rynku Starego Miasta i ulicy Świętojańskiej. Polichromie powstały w latach 1928-1929, ale nie były przyjęte entuzjastycznie. Starówka była wówczas w dużej mierze dzielnicą nędzy. Powstał więc pomysł na jej rewitalizację, który wcale nie wszystkim się spodobał. Na szczęście jednak pomysł udało się zrealizować i choć kamienicę w 1944 r. częściowo zniszczono, to została odbudowana w latach 1952-1953, przy wykorzystaniu ocalałych fragmentów i odtworzeniu części polichromii.

 019

0201

Jednak nie wszystkie zostały odtworzone. Poniżej zdjęcie kamienicy dziś i sprzed wojny.

023

243568

Źródło

Gdzie jeszcze można spotkać Zofię Stryjeńską? Chociażby na Mokotowie, w domu Wedla. Na blogu wzmianka na ten temat już się kiedyś pojawiła, zapraszam tutaj.

Warszawska wiosna

varshava

"Chyba nie ma na świecie takiego miasta, tak właśnie jak niepowtarzalne nigdzie indziej są warszawskie wiosenne zapachy, nastroje, uczucia i myśli. I dlatego nie mówcie nam o wiosnach paryskich czy wiedeńskich! Nam, którzy wiedzą, czym jest, czym potrafi być warszawska wiosna." Leopold Tyrmand, "Zły"

0461

065

 088

I bielańska "rzeka tulipanów"

095

 099

Wpis z dedykacją dla dzisiejszej jubilatki. Wielkie to szczęście urodzić się w majowej Warszawie;)

Marsze i pochody pierwszo- i trzeciomajowe

varshava

Dziś słów kilka o majówce i długim weekendzie rozpoczynającym najpiękniejszy miesiąc w roku.

Tradycja świętowania 1 maja wbrew obiegowej opinii nie ma wiele wspólnego z ZSRR, ma smutne korzenie i sięga roku 1886, kiedy to w Chicago doszło do krwawych starć pomiędzy policją, a robotnikami walczącymi m.in o prawo do 8-godzinnego dnia pracy (12h było wówczas standardem), godnej pensji i bezpiecznych warunków pracy. Wydarzenia te, zwane są "Haymarket Massacre" lub "Haymarket Riot" i można poczytać o nich np. tutaj.

Nie dziwi więc, że i w Warszawie już od 1890 r. zaczęto świętować 1 maja jako Święto Pracy. Szeroko znane są wydarzenia, które miały miejsce w rewolucyjnym 1905 r., gdy pod kulami zginęło w Warszawie 31 robotników. Tradycję pochodów kontynuowano, pod przewodnictwem PPS w dwudziestoleciu międzywojennym, również nie zawsze w pokojowej atmosferze. Dwa dni po nich natomiast odbywały się parady z okazji 3 maja. Poniżej na zdjęciu 1 maja w 1926 r. na Krakowskim Przedmieściu, czyli 12 dni przed Przewrotem Majowym...

Źródło: NAC, Sygnatura: 1-P-2723

...i w roku 1931, pod nieistniejącym dziś pałacem Saskim, wokół odbudowy którego do dziś toczą się spory.

Źródło: NAC, Sygnatura: 1-P-2726

Pod tym samym pałacem, lecz w 1927 r. tak wyglądały obchody święta Konstytucji 3 maja. Oddziały przysposobienia obronnego uzbrojone w karabiny Mosin wz. 1891 maszerują przed pomnikiem księcia Józefa Poniatowskiego. 

Źródło: NAC, Sygnatura: 1-P-2865-2

Zresztą 3 maja to nie tylko pochody. Poniżej pokaz wyczynów zapaśnika, Władysława Pytlasińskiego, na scenie ustawionej na placu Zamkowym, (w tle widać kościół św. Anny). Pokaz miał miejsce w roku 1925. Od szczęk do pięty wszedł napięty./Oliwne na nim firmamenty.

Źródło: NAC, Sygnatura: 1-S-3416

I wreszcie powojenna tradycja 1 maja, znana szeroko. W pochodzie reprezentacja dzielnicy Żoliborz.

Żródło: NAC, Sygnatura: 40-1-232-24

Z okazji Święta Pracy i Konstytucji 3 maja życzę nam by wszystkie pracownicze i konstytucyjne prawa zawsze były w Polsce przestrzegane!

Kamienica Józefa Wildera (ul. Bagatela 10)

varshava

Bagatela to na pewno niebagatelna ulica. Wbrew legendzie jej nazwa nie wywodzi się z czasów, gdy wybudowano tu pałacyk Marcello Bacciarellego, który Stanisław August, w reakcji na podziękowania, nazwać miał "bagatelą", lecz od znajdującej się tutaj od 1818 r. restauracji o tej nazwie. Nie o samej dziś jednak ulicy, lecz o jednej z pięknych kamienic, która przy niej stoi.

IMAG0332

Znajdująca się pod numerem 10 kamienica Józefa Wildera znana jest niektórym stąd, że tu urodził się Krzysztof Kamil Baczyński. To oczywiście fakt nie bez znaczenia, ale dziś skupimy się na innych walorach tego miejsca.

Została wybudowana w latach 1911-1912, a jej projektantami byli Józef Napoleon Czerwiński i Wacław Heppen. Sam Józef Wilder był kupcem i wybudował ją po to, by prowadzić tu sklep kolonialny. Budynek był także siedzibą pensji dla dziewcząt Elżbiety Radzickiej. I co prawda w momencie wznoszenia czasy secesji już definitywnie mijały, ale w tej kamienicy dostrzec można jeszcze ślady tego stylu. W pierwszej kolejności warto zadrzeć głowę do góry by dostrzec wykusze o florystycznej ornamentyce.

IMAG0328

Ten sześciopiętrowy budynek jest niesymetryczny, a masywna brama wejściowa znajduję się nie po środku, lecz z prawej strony. Po jej przekroczeniu warto spojrzeć w górę, żeby dalej podziwiać zdobienia, a potem skręcić w lewo, by wejść w najbardziej reprezentatywną z klatek schodowych. Jej stopnie wyłożone są marmurem, w niektórych oknach znajdują się kryształowe szyby, a poręcz schodów jest niezwykle finezyjna. Wszystko to sprawia wspaniałe wrażenie i przywodzi myśl, że w miejscu tym mieszkać musiały osoby zamożne.

IMAG0317

IMAG0312
A z jednego z dwóch podwórz-studni, które się tu znajdują niebo wygląda tak.

IMAG0320

72

varshava

0011

72 lata temu wybuchło powstanie w getcie warszawskim.

Jak wspominał Marek Edelman:

"W kwietniu 1943 r. mieliśmy do dyspozycji 22 grupy bojowe, których łączna siła nie przekraczała 220 ludzi, i to - nie posiadających większego doświadczenia bojowego i należytego wyszkolenia. Dowództwo ŻOB i niemal wszyscy członkowie organizacji zdążyli przed wojną przejść co najwyżej wyszkolenie w zakresie młodzieżowego przysposobienia wojskowego lub ruchu skautowego. Nie znaliśmy technik budowy fortyfikacji, a przygotowując kryjówki podziemne nie przewidywaliśmy, że Niemcy zdecydują się na spalenie całej części miasta. Mimo to, gdy w nocy z 18 na 19 kwietnia 1943 r. nadeszły do nas pierwsze meldunki, że w najbliższych godzinach spodziewać się należy jakiejś wielkiej akcji niemieckiej przeciwko gettu - zajęliśmy zamaskowane stanowiska na piętrach domów w rożnych punktach dzielnicy i czuwaliśmy do świtu. Kilkadziesiąt tysięcy ludności nie objętej mobilizacją naszych grup chroniło się w piwnicach. Getto było jak wymarłe: nigdzie żywej duszy."

Za: W. Bartoszewski, 1859 dni Warszawy, wyd. Znak, Kraków 1974

 

Słowackiego... masz może na półce?

varshava

Losy mojej ulubionej dzielnicy tak się potoczyły, że trzy największe przecinające ją ulice noszą imiona trzech poetów romantycznych: Słowackiego, Mickiewicza i Krasińskiego. Są to wszystko ulice bardzo piękne. Patroni mniej mi się podobają, zwłaszcza Adam Mickiewicz, o czym pisałam np. tutaj.  Innych patronów żoliborskich ulic darzę większą, choć nie entuzjastyczną sympatią. Ulica Słowackiego, o której dziś piszemy, swoją nazwę nosi najkrócej. Do 1939 r. była po prostu częścią ulicy Marymonckiej. Ulica została wytyczona tuż po I wojnie światowej, a pierwszy autobus - numer 2 - przejechał tędy 20 grudnia 1920 r. (od 1924 r. zastąpiony tramwajami) Od 1939 z przerwą na lata 1941-1945 (gdy nadano jej jeszcze nie najgorsze jak na tamte czasy imię Modlinerstrasse) nosi już swoje imię.

 sowackiego

To oczywiście bardzo ważna ulica. Mieści się tu między innymi Urząd Dzielnicy, Szkoła Główna Służby Pożarniczej i Teatr Komedia. A przechadzając się po skwerze tuż obok Teatru Komedia odkryjemy, że nie ma sensu jeździć do Nowego Yorku. Mamy tu także Spółdzielczy Dom Handlowy Merkury (Me&U)

 me_and_u

Często toczę dyskusje o poezji romantycznej w Polsce, co pokazuje, że temat to naprawdę wciąż żywy. Ale od Wisławy Szymborskiej dowiedziałam się jak sobie w tych dyskusjach radzić.

"Wywołujemy dyskusję w mieszkaniu naszych oponentów. W momencie kiedy miażdżą nas imieniem wieszcza, wołamy klaszcząc w ręce 'Ach, prawda, byłbym na śmierć zapomniał - dajcie mi na chwileczkę Słowackiego, bo muszę sobie sprawdzić zakończenie jednego wiersza!' Trzy razy stosowaliśmy ten trik i trzy razy okazywało się, że rzekomo ukochanej przez nich poezji w ogóle w domu nie mają. Uśmiechamy się wówczas dobrotliwie i żegnamy skonsternowanych gospodarzy".

W. Szymborska, Poczta literacka czyli jak zostać (lub nie zostać) pisarzem,  Wydawnictwo Literackie, Kraków 2000

 

O grodzeniu, wzajemnej niechęci i potrzebie równości

varshava

Wpis na temat grodzenia się osiedli chodził mi po głowie już od kilku lat, ale jakoś nie mogłam się zebrać by o tym napisać. Teraz jednak, gdy przez media przetacza się na ten temat dyskusja, łatwiej się do niej po prostu dołączyć.  

DSC03859

Kto ma poczucie wyższości?

Zacznę jednak od dyskusji. Jest typowa dla toczonych w ostatnich latach w polskich mediach i to bardzo mnie martwi. Tworzą się bowiem dwa przeciwstawne obozy, które nawzajem się nienawidzą i obrażają. Wielu też odczuwa swoiste "poczucie wyższości" wobec swoich adwersarzy w danej sprawie. Od razu więc napiszę: co prawda nie mieszkam na zamkniętym osiedlu, co mnie cieszy, ale nie uważam, że wszyscy na osiedlach grodzonych są "nuworyszami, którym wychodzi słoma z butów". Rozumiem nawet powody, dla których ludzie wolą mieszkać w takich miejscach, motywowane przede wszystkim poczuciem bezpieczeństwa. Wiem też, że nie zawsze jest to wybór, po prostu kupuje się mieszkanie lub wynajmuje, a miejsce jest grodzone, niezależnie od woli danej osoby. Nie uważam też, że wszyscy mieszkańcy prowadzą taki sam styl życia, są zamknięci na miasto i nie wiedzą w jakim świecie żyją. Mimo to mam nadzieję, że grodzonych osiedli będzie coraz mniej.

Kiedy bezpieczeństwo prowadzi do niebezpieczeństwa

Jako dziecko, pod koniec lat 90. bardzo często bawiłam się na dworze. Internet jeszcze nie śmigał tak jak dziś, a jako jeden z ostatnich roczników wyżu demograficznego, miałam liczne towarzystwo do zabaw. Znaliśmy większość zakamarków na Żoliborzu i bliskich Bielanach. Nie było kłopotu, by wejść na teren innego osiedla, co też chętnie czyniliśmy. Moi koledzy pochodzili z przeróżnych środowisk społecznych o różnym kapitale kulturowym i finansowym, co nie stanowiło żadnej sprawy. Wszyscy zresztą chodziliśmy do tych samych szkół. Dzięki temu do dziś mam naprawdę niezwykłych znajomych, którzy wybrali w życiu bardzo różne ścieżki. Tymczasem grodzone osiedla mogą sprawiać, że pewnych znajomości dzieci nigdy nie zawrą. Nie stanie się tak ani na podwórku ani w szkole. Dlaczego? Dlatego, że rejonizacja jest fikcją. Do szkół obwodowych trafiają przede wszystkim dzieci osób o tzw. najniższym kapitale społecznym. Zjawisko to nazywa się autoselekcją szkolną. Ja wyciągam z tego dalej idące wnioski. Mam bowiem obawy, że pewne grupy społeczne w życiu po prostu nigdy się nie spotkają i nie zrozumieją. Będą się mijać, np. w sklepie jako obsługa i klient. To nie tylko obniża szanse na wyrównywanie różnic, ale prowadzi do ich pogłębienia i wzajemnego niezrozumienia. Dlaczego uważam, ze to niebezpieczne? Dlatego, że zgadzam się z tezami zawartymi w książce "Duch równości", o znamiennym podtytule "Tam gdzie panuje równość wszystkim żyje się lepiej" Richarda Wilkinsona i Kate Pickett. I najogólniej mówiąc uważam, że rosnące nierówności i oddzielanie się mogą prowadzić do wykluczenia całych grup społecznych, ich niższego statusu i wreszcie do buntów społecznych, które dla nikogo jeszcze się nigdy dobrze nie skończyły. Wojny mają to do siebie, że wszyscy je zawsze przegrywają.

Przykłady skrajne

W Warszawie oczywiście skrajnie nie jest, choć ilość zamkniętych osiedli, a nawet kamienic jest coraz większa. Trudno teraz wejść gdziekolwiek bez kodu, trzech bram i znajomego, który mieszka w danym budynku. To zresztą często podkreślają wielbiciele warszawskich kamienic i ich klatek schodowych. Żeby je podziwiać, trzeba się nieźle natrudzić. 

Zdarzyło mi się przebywać kiedyś w państwie niezwykłym, fascynującym, o wspaniałej kulturze, przyrodzie i... gigantycznych nierównościach społecznych. Tym państwem jest Brazylia.

382

 

Mimo gigantycznego wysiłku, który w ciągu ostatniej dekady poprawił życie ponad 40 milionów obywateli (można o tym poczytać np. tutaj) przebywanie na ulicach miast łączy się czasami ze strachem, a najczęściej z wyrzutami sumienia. Mieszkańcy wielkich, oczywiście grodzonych, pięknych budynków wychodzą rano do pracy, mijając na ulicach śpiących bezdomnych i podziwiając, na nieodległych wzgórzach favele, które z dala wyglądają całkiem ładnie, zwłaszcza nocą. W Brazylii wciąż jeszcze nie każdy ma odwagę poruszać się transportem publicznym, nikt dostatecznie zamożny nie pośle dziecka do publicznej szkoły, a w publicznych szpitalach sytuacja jest dramatyczna. Do tego właśnie prowadzą rosnące nierówności.

Oczywiście tak nie dzieje się w Warszawie i nigdy dziać nie będzie. Inne mamy korzenie, inną ścieżkę rozwoju i, na szczęście dla nas - inny poziom nierówności. Należy jednak pamiętać o tym, że pewne problemy narastają latami i kiedyś nie będzie już tak łatwo ich odwrócić.

 favele

 

Walor estetyczny

Dlaczego wolę osiedla otwarte? Także z pewnego banalnego powodu. Nie wszystko musi być prywatne. W miastach niegrodzonych jest po prostu ładniej. Na przykład na takim Muranowie.

064003

 

Z góry i z dołu (GTWB)

varshava

Z wielu miejsc w Warszawie widać wieżę ciśnień filtrów Lindleya. Tu widok z góry, czyli z kamienicy przy Wspólnej, w pięknej majowej oprawie.

135

Budowę filtrów zlecił w pierwszym roku swoich rządów Sokrates Starynkiewicz. System wodociągów i filtrów zaprojektował angielski inżynier William Lindley, a dzieło kontynuował jego syn, William Heerlein Lindley. Byli to wybitni inżynierowie znani w całej Europie. Projektowali (lub opiniowali) sieci wodociągowe także w takich stolicach jak Budapeszt, Wiedeń, Praga czy Moskwa. Przyczynili się też do rozwoju kanalizacji w wielu innych polskich miastach: Łodzi, Jeleniej Górze czy Radomiu. Inżynierowie ci byli ludźmi niezwykle wszechstronnymi, a syn, Wiliam Heerlein zasłynął także z prac geodezyjnych. Stworzył bardzo szczegółowe plany Warszawy, które do dziś zachwycają swoim kunsztem. Większość z ponad siedmiu tysięcy arkuszy przetrwała do dziś. Niektóre z nich można przejrzeć np. na stronie Archiwum Państwowego w Warszawie.

Lindley znalazł najwyżej położony punkt miasta (pozostałość po wysoczyźnie polodowcowej, około 113 m. n.p.m.) i właśnie w tym miejscu wybudował stację filtrów. Budowę rozpoczęto w sierpniu 1883 r., a pierwsza woda do domów dotarła już 3 lipca 1886 r. Filtry warszawskie, poza tym, że są niezwykłą atrakcją - pełnią swą zasadniczą funkcję do dziś, oczywiście rozbudowywane i bardzo zmodernizowane. Z dołu wygląda to tak: komora filtra powolnego.

069

073

 

Widok Warszawy od strony Pragi, czyli rzecz o zmianie

varshava

Jeżeli dziwisz się, Stały Czytelniku lub Czytelniczko, wchodząc na tę stronę, to informuję, że dobrze trafiliście. Blog przeszedł tylko pewną metamorfozę, której celem było stanie się bardziej czytelnym i dostosowanym do współczesnych wymogów. Wydaje mi się, że zamierzenie to udało się osiągnąć.

Opisując historię i współczesność większości miast świata znaleźlibyśmy dla nich jeden wspólny mianownik, jest to właśnie zmiana. Warszawa przeszła tych zmian tak wiele, że czasem zastanawiam się czy moi przodkowie łatwo by się w tej ciągle nowej stolicy odnaleźli. Jeśli jednak dobrze dobierzemy punkt obserwacyjny, możemy dopatrzeć się Warszawy naszych przodków. Dlatego dziś trzy rzuty oka na Warszawę widzianą z prawego brzegu.

Widok Warszawy od strony Pragi, Bernardo Belotto (Canaletto) 1770 r. - szerzej o tym obrazie pisałam tutaj.

(źródło)

Inne ujęcie, zima 1937 r.

Źródło: NAC, Sygnatura: 1-U-6586

Ponieważ wśród współczesnych panoram miasta z prawego brzegu dominują piękne wieżowce, ja ograniczyłam je do minimum. Warszawa,  październik 2014 r. 

I jeszcze, podrzucone w komentarzach przez Abs-urd'a 200 tysięcy złotych z 1989 r.

dwiecie_tysicy_Warszawa

Pocztowy gołąbek pokoju wśród oficerów

varshava

O ulicy Kaniowskiej można napisać wiele, bo piękne to miejsce. Znajduje się na Żoliborzu Oficerskim, więc jak przystało na tę nazwę - przed wojną chodziło tędy wielu wojskowych wysokich stopniem, a pod numerem 1 mieszkał generał Józef Haller. Willa ta zresztą trochę odbiega architekturą od pozostałych. Kazimierz Tołłoczko zaprojektował ją na wzór francuskich willi XVIII wiecznych. Być może miało to generałowi przypominać czasy Błękitnej Armii. Zresztą i nazwa ulicy z Hallerem się łączy, pochodzi bowiem od nazwy miejscowości, gdzie dowodził on bitwą w czasie I wojny światowej.

Nie o bitwach dziś jednak i nie o generałach (bo jak pisał Julian Tuwim, a niektórzy nawet to zaśpiewali "tutaj my - zamyśleni przechodnie, my jesteśmy tu generałami"), lecz o detalu. Idąc ulicą Kaniowską rozglądajcie się zatem, a może uda Wam się dostrzec piękną skrzynkę z gołębiem pocztowym. Ale gołąb ten trochę też pokojowy. Co wśród oficerów miłym jest wrażeniem.

Atlas trwa - akcja LXXXVIII GTWB

varshava

Przechodziliście obok niego na pewno milion razy. Jest ich zresztą aż czterech i wszyscy podtrzymują wykusze w pięknej kamienicy przy Wilczej 22. 

Atlas dzień i noc podtrzymuje ciężar, bez chwili ulgi. Niedoceniona to postać w naszym świecie. Pisał o tym Zbigniew Herbert tak:

"Bogowie, tytani, herosi, ach, jakże to pasjonująca i bogata galeria różnych dewiacji psychicznych. W ich świecie roi się od monomaniaków, paranoików, melancholików, schizofreników, nie mówiąc już o takich łagodnych odchyleniach, jak alkoholicy czy erotomani. Na tym barwnym tle postać Atlasa rysuje się raczej blado. Jest katatonikiem mitologii. Katatonik i tragarz (...) Nie jestem także pewien, czy słusznie odmówiono mu rangi symbolu. Bo w końcu Atlas reprezentuje znaczną część ludzkości. Przy odrobinie naszej dobrej woli, a także wyobraźni, mógłby zostać patronem nieuleczalnie chorych, patronem skazanych na dożywotnie więzienie, głodnych od urodzenia do śmierci, poniżanych, wszystkich wyzutych z praw, których jedyną cnotą jest niemy, bezbronny, nieruchomy - do czasu - gniew."

Gdy będziecie przechodzić obok tej kamienicy, a robicie to milion razy, zatrzymajcie się. Popatrzcie na tytana. I popatrzcie na całą kamienicę. Jest jedną z najpiękniejszych w Śródmieściu. I jak Atlas przetrwała, wojna zniszczyła ją tylko częściowo, a po remoncie, całkiem niedawnym, odzyskała blask. Może dzięki tej wieczności, która na zawsze przypisana jest Atlasowi?

Drzwi Igora Mitoraja

varshava

Z ulicą Świętojańską nierozerwalnie związane jest skojarzenie z Katedrą św. Jana, o której na pewno jeszcze napiszę, jako że jest to jeden z najstarszych kościołów w Warszawie. Ale dziś nie patrzymy wcale na katedrę, ale patrzymy na drzwi. Drzwi kościoła który znajduje się tuż obok, czyli kościoła Matki Boskiej Łaskawej. 

Już na pierwszy rzut oka widać, że choć kościół pochodzi z początku XVII wieku, to bramy doń są dużo nowsze. I faktycznie, wykonane zostały w 2009 r. przez Igora Mitoraja, z okazji czterechsetlecia świątyni. Przedstawione na drzwiach postaci mają pokazywać scenę zwiastowania. Matka Boska podobno wzorowana była postacią Wenus z Milo. Jest to możliwe, Igor Mitoraj często w swojej twórczości odwoływał się do antyku. Same drzwi wzbudziły wiele kontrowersji. Część osób uznawała, że nie pasują do miejsca, inni, że odtwarzana scena jest niewiarygodna (u Mitoraja są dwa anioły, w opowieści - tylko Archanioł Gabriel). Według mnie sztuka nowoczesna miewa i swoje dobre oblicza. A to jest tego doskonały przykład. Na blogu spojrzenie na drzwi z trochę innej perspektywy.

i niezwykła klamka.

Sto lat temu (GTWB)

varshava

Sto lat temu trwała pierwsza wojna światowa. Dlatego odejmę od tej daty jeszcze dwa lata i napiszę o tym, co wydarzyło się 102 lata temu w Warszawie.

Zdarzenie dla mnie niezwykle ważne, gdyż 16 lipca 1913 r. urodził się w Warszawie mój dziadek. Całe życie był z Warszawą związany, czynnie uczestniczył w wielu wydarzeniach, które na przestrzeni jego życia (a więc prawie cały XX wiek) w stolicy się rozgrywały. Przypuszczam, że gdyby nie on i jego aktywne zaangażowanie nie odczuwałabym aż tak silnego przywiązania do stolicy. 

Warszawa, Rynek Starego Miasta, 1912, Źródło

 

Dlatego dziś - przegląd prasy, Kurjer Warszawski, 16 lipca 1913 r.

W teatrze publiczność bawiła się bardzo wesoło

Ale ci, którzy udawali się za miasto nie powinni byli jechać bocznymi drogami - można było spotkać bandytów i rzezimieszków wylegujących się w dzień biały na polach i wśród krzaków.

Społeczeństwo obywatelskie? Już dawno warszawiacy wykazywali się postawą zaangażowaną, goniąc za bandytami nim do pościgu przyłączała się policja. 

Ze świata: lepiej od razu wychodzić za mąż za autentycznego księcia.

Kurjer Warszawski z 16 lipca 1913 r. odnalazłam na stronie ebuw, gdzie znajduje się wiele innych wspaniałych, zdigitalizowanych książek, gazet i czasopism.

Początek zmartwychwstania Warszawy

varshava

Dokładnie 70 lat temu, Niemcy niemal bez walki opuścili Warszawę. Jej powojenna historia wzbudza wiele kontrowersji, ale jedno jest pewne. Od tej pory rozpoczęły się powroty, przyjazdy nowych Warszawiaków i niewiarygodnie szybkie zmartwychwstawanie miasta.

Z tej okazji w Domu Spotkań z Historią wiele interesujących wydarzeń w ten weekend (tu szczegóły)

A ja przypomnę tylko fragment wiersza Juliana Tuwima, który już pojawiał się na tym blogu.

 

Dnia Osiemnastego Stycznia roku Tysiąc Dziewięćset 

Czterdziestego Piątego,

Na rogu Ruin i Kresu,

Na rogu Gruzów i Śmierci,

Na rogu Zwalisk i Zgrozy,

Na rogu Marszałkowskiej i Jerozolimskiej,

Co padły sobie w płonące objęcia,

Żegnając się na zawsze, całując płomiennie -

Zjawiła się pękata warszawska babina,

Nieśmiertelna paniusia z chusteczką na głowie,

Postawiła, dnem do góry, skrzynkę na ruinach,

Podparła ją - meteorem: jakimś szczątkiem Miasta

I zawołała nieśmiertelnym tonem:

"Do chierbaty, do chierbaty,

Do świeżego ciasta!"

 

Cały przejmujący wiersz odnaleźć można tutaj.

 

Ulica Towarowa

varshava

Powyżej ulica Towarowa nocą, czyli okładka czasopisma „Stolica” - 6 (1418), 9 lutego 1975.

Ulica Towarowa to ulica z długą historią. Dlatego należy jej się szacunek, tak samo jak wszystkim innym ulicom i miejscom Warszawy. Z tego powodu drżę za każdym razem gdy zbiera się warszawska komisja nazewnictwa. Pomysł zmiany tej ulicy na "ulicę Lecha Kaczyńskiego" już w 2012 r. rzucił prezes największej opozycyjnej partii. Wówczas członkowie PiS uznali, że nie jest to ulica godna byłego prezydenta, bo jest ona, jak się wyrażali: "samochodowo-tramwajowym rynsztokiem". Ale teraz czarne chmury nad naszą bohaterką zawisły znów.

Ulica, o której piszę wytyczona została w tym miejscu około 1770 r. Ale swoją nazwę zyskała w wieku XIX, wraz z budową Drogi Żelaznej Warszawsko-Wiedeńskiej. Co prawda oficjalnie nazwę ulicy nadano w 1908 r., ale mieszkańcy używali jej już wcześniej, a w "Księdze Adresowej Miasta Warszawy zawierającej adresy wszystkich stanów i instytucyj" (Wiśniakowski, M. Józef. Zebr. i ułożył, Warszawa, 1896) odnajdujemy ją w spisie i dowiadujemy się ile miała metrów, a nawet sążni. Jak widać już wówczas nie była to malutka uliczka. 

Źródło: Mazowiecka Biblioteka Cyfrowa

Była to oczywiście ulica w dużej mierze proletariacka, jak cała robotnicza Wola, w okolicach szybko rozwijały się fabryki i zakłady przemysłowe. Przez 25 lat mieszkał tu K.I. Gałczyński, a jego wiersz o tej ulicy pokazuje jej poetycką wizję.

Ulica Towarowa

 

Tutaj wieczorem faceci grają na mandolinach

i ręką wiatru porusza ufarbowane wstążeczki.

W ogóle tu jest inaczej i gwiazdy są jak poprzeczki,

i jest naprawdę wesoło, gdy księżyc wschodzi nad kinem.

 

Anioły proletariackie, dziewczyny, wychodzą z fabryk,

blondynki smukłe i smaczne, w oczach z ukrytym szafirem;

jedzą pestki i piją wodę sodową niezgrabnie,

pierś pokazując słońcu, piękną jak lirę.

 

A kiedy wieczór znowu wyłoni się z mandolin,

a księżyc, co był nad kinem, za elektrownią schowa,

mgłami i alkoholem ulica Towarowa 

rośnie i boli.

 

Zanim jednak pojawił się tu Zielony Konstanty, pod koniec XIX wieku przeniosło się na Towarową kilka domów publicznych z Nowego Miasta. I nie były to miejsca uciech wyłącznie dla robotników, niektóre ponoć niezwykle luksusowe cieszyły się dużą popularnością także zamożniejszych panów. (Może ten fakt odstraszy od zmieniania nazwy ulicy?)

W czasie wojny ulica została zbombardowana przez wojska radzieckie (w listopadzie 1941 r.), a w czasie Powstania była miejscem walk prowadzonych przez zgrupowanie "Chrobry II". Za to po wojnie stanął tu pierwszy nowy budynek, czyli poczta pod numerem 5.

Dlaczego o tym piszę? Dlatego, ze ulica Towarowa warta jest naszej pamięci. I dlatego, że znów radni z Komisji Nazewnictwa wpadają na dziwne pomysły. Oprócz powrotu do pomysłu ulicy Lecha Kaczyńskiego pojawiają się i inne: "Priorytetem będzie dla nas doprowadzenie do formalnego usunięcia pomnika "czterech śpiących" z Pragi i pomnika Berlinga - mówi radny Frąckowiak."

O zmianie nazw ulic pisałam m.in. przy okazji Stołecznej (pomścimy!), a jak ktoś chce zobaczyć Czterech Śpiących, to tylko na zdjęciu. Ja zdążyłam ich sfotografować.

BUWing w odbiciach szyb

varshava

Co prawda do sesji egzaminacyjnej jeszcze ponad dwa tygodnie, ale w BUWie już teraz trudno znaleźć wolne biurko. 

Ale nad pracą czuwa czterech mędrców (Kazimierz Twardowski, Stanisław Leśniewski, Alfred Tarski i Ignacy Łukasiewicz), wróży to pomyślnie zdane egzaminy.

BUW dla sów.

Lasów trzeba oszczędzać!

varshava

W tem całem świątecznem rozgardiaszu, kilka słów od Pana Walerka, o tem, że lasów trzeba oszczędzać i choinkie można mieć sztuczne, albo jeszcze inszego sortu.

Wszystkiem czytelnikom bloga składam najlepsze życzenia świąteczne, aby na stole odpowiedzialne zakąskie pod jednego głębszego każdy znalazł!



(Felieton Wiecha wspaniale czyta Jan Kobuszewski)

Warszawski piasek Gierymskiego

varshava

Kończący się powoli rok był doskonałym rokiem dla Muzeum Narodowego w Warszawie. Jak wiele wspaniałych rzeczy się tam działo i nadal dzieje nie sposób wyrazić. W krótkim wpisie nie da się także opisać nawet jednej wystawy. Dlatego dziś o jednym tylko obrazie, bardzo warszawskim, który można było oglądać w 2014 r. Oto "Piaskarze" Aleksandra Gierymskiego (dla większej rozdzielczości warto kliknąć tutaj. Najlepiej jednak oglądać na żywo).

Był Aleksander Gierymski, jak i jego brat Maksymilian, urodzonym Warszawiakiem. To jeden z najwybitniejszych polskich malarzy i jeden z najbardziej świadomych prekursorów realizmu. Co ciekawe, w tzw. okresie warszawskim znajdywał zarówno gorących zwolenników, jak i przeciwników swojej twórczości. Wśród pierwszych znajdował się m.in. Bolesław Prus, a wśród przeciwników... Jan Matejko. Dla wielkiego malarza polskiej historii nadwiślańskie pejzaże nie były bowiem żadnym tematem.

Gierymski był niestrudzonym obserwatorem życia, zwłaszcza Warszawy. Te części miasta, które malował często wcześniej nigdy nie były portretowane, uważane za wstydliwe. "Brama na starym mieście", "Święto trąbek" czy "Piaskarze" prezentują bowiem sceny z życia biedoty Powiśla i Starówki.

"Piaskarze" to obraz wspaniały nie tylko ze względu na kunszt malarski, ale i temat. Warszawscy piaskarze przy pracy, na Powiślu, to swego rodzaju dokument historyczny. W tle widzimy nieistniejący już most Kierbedzia (okolice dzisiejszego mostu Śląsko-Dąbrowskiego). Mosty inspirowały Gierymskiego, bo niemal na każdym z jego obrazów z okresu warszawskiego można je odnaleźć. Kto się np. bliżej przyjrzy, ten na "Święcie trąbek" dostrzeże most kolejowy, po którym od strony Pragi nadciąga parowóz.

Czy piaskarze rzeczywiście tak pracowali? Dla porównania zdjęcia z Narodowego Archiwum Cyfrowego zrobione prawie pół wieku po powstaniu obrazu (który, przypomnijmy, został namalowany w 1887 r.). Nasi piaskarze ledwie kilkaset metrów dalej. I tu w tle most Kierbedzia.

 1-G-1878

 1-G-1879

© Warszawa
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci