Menu

Warszawa

Miasto na wskroś mnie przeszywa

Gmach audytoryjny UW

varshava

Pamiętam jak na pierwszym roku studiów z grozą w oczach przestrzegano mnie przed budynkiem mijanym w drodze do punktu xero przy Wydziale Geografii.  "Tam kroją i przechowują zwłoki" - mówiono. I nie bez racji, jeszcze do niedawna w gmachu audytoryjnym mieścił się Warszawski Uniwersytet Medyczny, a dokładnie wydziały farmakologii, fizjologii i patofizjologii. Niektórzy twierdzili nawet, że nocą z budynku wydobywa się specyficzna woń. Tak powstają mity. Ale budynek jest wart naszej uwagi, zwłaszcza, że przechodzi generalny remont.

Opisywany dziś gmach znajduje się po lewej stronie (dla wchodzących bramą główną) i jest  niemal bliźniaczy z budynkiem Wydziału Historii (dawniej Pawilonu Sztuk Pięknych). Obydwa stoją równolegle do Krakowskiego Przedmieścia. Powstał jeszcze przed powstaniem listopadowym, lecz słynna ogromna aula, która była w stanie pomieścić 1,2 tysiąca osób znajdowała się tutaj od 1865 r. W tej właśnie auli odbywały się oficjalne uroczystości uniwersyteckie. Jej sufit zdobił plafon przedstawiający Słońce i cztery inne gwiazdy. Słonce miało symbolizować Szkołę Główną Warszawską (powstałą w 1862 r. na miejscu Uniwersytetu Warszawskiego, który zlikwidowano po powstaniu listopadowym), a pozostałe gwiazdy oznaczały cztery wydziały tej uczelni (Prawa i Administracji, Filologiczno-Historyczny, Matematyczno-Fizyczny i Lekarski). Nim jednak powstała Szkoła Główna Warszawska w budynku siedzibę miała Szkoła Sztuk Pięknych, nie posiadająca jednak statusu uczelni wyższej.

 Zaleski_Fine_Arts_School_in_Warsaw

Szkoła Sztuk Pięknych w Warszawie, M. Zaleski, 1858 r. źródło: wiki

Od momentu odzyskania przez Polskę niepodległości w budynku znajdowały się wydziały medyczne Uniwersytetu Warszawskiego. We wrześniu 1939 r. gmach znacznie ucierpiał. Dokonano jednak jego remontu i w latach 1941-1943 znajdowała się tu szkoła doktora Jana Zaorskiego. Działała oficjalnie, uznawana przez Niemców jako szkoła zawodowa dla pomocniczego personelu sanitarnego. Jednak pod tą przykrywką funkcjonował tajny wydział medycyny Uniwersytetu Warszawskiego. 

cz1il5Ulotka zawiadamiająca o otwarciu szkoły pochodzi ze strony poświęconej medykom Powstania Warszawskiego, w tym doktorowi Janowi Zaorskiemu (niezwykła to postać, o której naprawdę warto coś wiedzieć).

Po drugiej wojnie do budynku już oficjalnie powrócił wydział medyczny Uniwersytetu Warszawskiego, a po rozdzieleniu Uniwersytetu i Medycyny - Akademia Medyczna (później Warszawski Uniwersytet Medyczny). W przyszłości (po remoncie) budynek ma stać się siedzibą Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych. Na razie prace wrą, a wrzenie to jest aż przerażające. Ufam jednak, że wiedzą co robią ;)

IMAG0589

 

IMAG0592

A ma być tak (źródło)

budynek_audytoryjny

W dole rzeka: nadzwyczajna; triumfalna; niebieska;

varshava

- Po co jechać nad Bałtyk skoro mamy Wisłę - usłyszałam jak mówił wczoraj młody chłopak do swojego kolegi, gdy mijali mnie na bulwarach. I rzeczywiście. Królowa polskich rzek nie może narzekać na brak zainteresowania w tym roku. A to otwierają bulwary, a to wydarzenia na praskich plażach, a to najniższy poziom wody od wieków i można przejść ją w bród. Naprawdę warto tu przyjść, zwłaszcza, że rzeka nasza nie tylko "nadzwyczajna; triumfalna; niebieska;", ale i "szeroka; rozłożysta; odwieczna;" jak pisał Konstanty Ildefons, a do tego bulwary są naprawdę piękne! Ich budowę rozpoczęto w 1935 r., za czasów prezydentury Stefana Starzyńskiego, a kamienna tablica wmurowana w ścianę między mostem Śląsko-Dąbrowskim a przejściem podziemnym pod Wisłostradą obok daty rozpoczęcia posiada także datę zakończenia inwestycji, ale z brakującą cyfrą: "194..." Do pomysłu wrócono niedawno, pierwszą część oddano 2 sierpnia 2015, a w kolejnych latach będą powstawały kolejne. Lato nas rozpieszcza, trzeba z tego korzystać.

0341
043

 0371

 0681

Nietrudno się zakochać:

055

A poza tym.. miło Cię widzieć.

IMAG0567

71.

varshava

Pierwszy raz o Powstaniu Warszawskim w sposób świadomy, już na zawsze zapamiętany, usłyszałam w roku jego pięćdziesiątej rocznicy. Miałam wówczas 8 lat i pamiętam jak pani dyrektor szkoły na zakończenie roku kazała nam 1 sierpnia o 17 godzinie przystanąć, gdziekolwiek byśmy byli. Odkąd pamiętam przystawałam zawsze, ze względu na historię mojego dziadka, ze względu na dramat cywilnych ofiar i ze względu na tragedię, jaką Warszawa przeżywała w 1944 r. Ale wtedy obchody wydawały mi się bardziej normalne, może dlatego, że byłam jeszcze dzieckiem i nie zwracałam uwagi na to co się działo? A może naprawdę ta narodowa tromtadracja jeszcze nie była tak upiorna i tak wszechobecna? 

039

Nie jestem osobą, która miałaby śmiałość w jakikolwiek sposób siedząc przed swoim komputerem w roku 2015 oceniać Powstańców czy tych co podjęli decyzję (choć raczej mnie ich decyzja przeraża i wzbudza wiele wątpliwości). Ale oceniam to co się dzieje wokół obecnie, a dzieje się źle i dopóki widywać będę na ulicach młodzieńców w koszulkach "Żoliborz - pierwsza krew", dopóki będziemy oglądać "rekonstrukcje", łącznie z rekonstrukcją wydarzeń na Woli, dopóki będą się palić kolorowe race - dopóty będę uważała, że upamiętnienie idzie w złą stronę.

Chciałabym abyśmy pamiętali 1 sierpnia zarówno o Powstańcach, jak i o ofiarach cywilnych. Chciałabym byśmy wyciągali wnioski, żeby hasło "nigdy więcej wojny" zawsze było dla nas drogowskazem. I chciałabym, żeby kolejne rocznice Powstania (czasami zastanawiam się ile będziemy ich obchodzić, czy w roku 2115 też jeszcze?) były czasem zadumy i refleksji. 

Ci, co wiedzieli
o co tutaj szło,
muszą ustąpić miejsca tym,
co wiedzą mało.
I mniej niż mało.
I wreszcie tyle co nic.

W trawie, która porosła
przyczyny i skutki,
musi ktoś sobie leżeć
z kłosem w zębach
i gapić się na chmury.

(Koniec i początek, W. Szymborska)

Pałac Kultury i Nauki

varshava

Jest dziś na ustach wszystkich i na pewno widzieliście go w tym tygodniu na wielu zdjęciach, ale i u mnie pojawi się piękny i biały, bo Pałac Kultury i Nauki właśnie dziś kończy oficjalnie 60 lat. Symbol Warszawy chyba już ważniejszy niż Zamek Królewski (Zamek, który odbudowano dopiero w latach 1971-1984, więc nasz Szanowny Jubilat patrzył już na tę odbudowę z góry).

Paac60

Źródło, jak widać, NAC, Sygnatura: 51-799-1

 

Historia jest pisana przez zwycięzców

varshava

"Historia jest pisana przez zwycięzców", jak powiedział kiedyś słusznie Winston Churchill. Nie on jeden zauważył, że zagarnianie języka i mówienie o przeszłości tylko wedle swoich norm wpływa na teraźniejszość. I Paul Ricoeur zwracał uwagę na kształtowanie się tożsamości i to, jak opowiadanie o historii zmienia pamięć indywidualną i zbiorową. Nie mówiąc już o Antonio Gramscim, który wskazywał, że trwałe przejęcie władzy jest możliwe niekoniecznie w wyniku przewrotu politycznego albo militarnego, lecz właśnie poprzez zdobycie hegemonii w kulturze. Dlaczego o tym wspominam? Dlatego, że nowe pomysły radnych (czy już nie pisałam o idiotyzmie zmian nazw ulic nie raz, a dwa nawet razy?) mają na celu kolejne zagarnianie i przedstawianie historii według swoich narracji.

I oto mamy kolejny przykład - część radnych planuje zmienić nazwy kolejnych ulic. M.in. Dąbrowszczaków na Pradze (a także Duracza na Bielanach i innych 10 ulic). Cała ta tzw. "dekomunizacja" jest pewnie próbą przejęcia języka i wymuszenia swojej wersji opowiadania o historii. Dla zainteresowanych dodam, że Dąbrowszczacy to jeden z batalionów ochotników okresu hiszpańskiej wojny domowej 1936-1939. Niektórzy uważają tę straszną wojnę za preludium do II wojny światowej, pierwszą walkę demokracji z faszyzmem. Wśród innych zagranicznych ochotników w szeregu stanęli także m.in. Brazylijczycy, Francuzi, Meksykanie i obywatele Związku Radzieckiego.  

 Dabrowszczacy_Powazki_pomnik

Pomnik na Powązkach Wojskowych w Warszawie, źródło: wiki.

Trudno mi godzić się z tym przejmowaniem języka. Spróbuję więc trochę weselej zakończyć anegdotą z roku  1948.

"Nazwy ulic wracają na swoje miejsca. Dzięki temu nie będziemy już słyszeli takich rozmów:

- To przyślijcie mi te papiery przez gońca.

- A jaki jest Wasz adres?

- A ile lat ma goniec?

- Co to ma do adresu?

- No bo jeśli Wasz goniec jest bardzo młody to nasz adres jest Młodzieży Jugosłowiańskiej.  Jeśli jest w średnim wieku to  Pierackiego.  Dla starszych zaś nazwa naszej ulicy brzmi - Foksal."

 Cytat pochodzi z książki "Felieton o mojej Warszawie" Jan Szeląg (Zbigniew Mitzner) wydanej  w 2014 r. przez Muzeum Warszawy.

Przy okazji polecam zajrzeć tutaj "Łapy precz od ulicy Dąbrowszczaków"

Piekarska, czyli o ulicy, która zmartwychwstawała dwa razy

varshava

Dziś rzut oka z góry na ulicę Piekarską. Ulica ta oczywiście swoją nazwę zawdzięcza mieszkającym przy niej niegdyś piekarzom. Jeszcze do końca XVI w. na tyłach parzystych numerów domów znajdowały się młyny (a jak musiało pachnieć!). W XVII wieku doszło do pożaru, a że wszystkie domy przy tej ulicy były wówczas drewniane, to nic się nie ostało. Ulicę odbudowano stawiając już wyłącznie murowane kamienice. Po raz drugi zniszczono ją w 1944 r. Powojenna odbudowa zmieniła trochę układ ulicy, np. w miejsce dwóch domów (nr 11 i 13) postawiono jeden (dziś nr 5). Uproszczono wystrój zewnętrzny niektórych kamienic. Mimo to, jeśli turysta nie będzie znał historii tej ulicy, sądzę, że nie domyśli się, jakie zaszły tu zmiany.

Na zdjęciu poniżej, zegar, który widać na pierwszym planie, na którym każda godzina jest znakiem zodiaku, to zegar z kurantem -  co godzinę wygrywa pierwsze takty melodii do wiersza Marii Konopnickiej "A jak poszedł król na wojnę". W pierwszej chwili wybór melodii może dziwić, ale jest on uzasadniony, gdyż poetka mieszkała przez trzy lata (1879-1882) w nieistniejącym już domu u zbiegu Piekarskiej i Podwala. Dziś stoi tam głaz upamiętniający ten fakt. 

Po drugiej stronie ulicy stoi oczywiście pomnik Kilińszczaka, o którym już na blogu pisałam powołując się na Wiecha, o tu: Kiliński.

IMAG0447

Tęcza i inne dzieła sztuki.

varshava

Julien de Casabianca to artysta, który zyskuje coraz większą popularność. Jest to Francuz, który dzieła sztuki z muzeów przenosi na obdrapane kamienice w miastach na całym świecie. W naszym mieście znany jest ze swoich praskich dokonań. Teraz podobne dzieła pojawiają się na Żoliborzu. A na pewno pojawiło się już jedno, przy ulicy Suzina 6. Tak jak te praskie i to zostało zrealizowane w ramach "Outings-project".

DSC04506

Pojawiło się ono zresztą w niezwykłym miejscu, bo na Kinie Tęcza. Po okresie opuszczenia i ciszy to miejsce znów staje się jednym z kulturalnych centr dzielnicy. Zainstalował się tam bowiem białostocki Teatr TrzyRzecze. Samo kino powstało jeszcze w latach 30. XX wieku i stanowiło rozrywkę dla mieszkańców Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej.

Warto dodać, że to nie jedyne dzieło, które sprawia, że zewnętrzne ściany Kina Tęcza są interesujące. W czerwcu ubiegłego roku  Piotr Janowczyk stworzył tu mural przedstawiający mężczyznę zanurzonego w wodzie (taka alegoria, mężczyzna z przerażeniem w oczach tonie tak, jak to kino). Chociaż nie ukrywam, że postać z muralu bardziej przypomina mi Artura Schopenhauera.

tecza_mural

arthur_schopenhauer_33To oczywiście wersja dopasowana. Arutra w całości można zobaczyć tutaj.

Znów o emancypacji, czyli opowieść o rozwoju miasta z wątkami rodzinnymi (ulica Zielna 37)

varshava

Zdarza mi się wspominać o moich przodkach na tym blogu, najczęściej pisałam o dziadku (np. tutaj, albo tutaj). Ale dziadek miał niezwykłą Mamę. Dziś więc kilka słów o mojej prababci, której historia przeplata się z historią postępu naszego miasta. A tym postępem jest tworzenie i rozbudowa sieci telefonicznej.

Na zdjęciu powyżej, które pochodzi z tego albumu, moja prababcia siedzi pierwsza z prawej. Niestety nie wiem kim są pozostałe panie, należą jednak na pewno do 171 zatrudnionych w 1904 r. przez firmę Ericsson.

Firma ta na dobre zadomowiła się w Polsce na początku XX wieku. Wówczas to przy ulicy Zielnej 37 powstała pierwsza w Warszawie centrala telefoniczna. Budynek powstał na podstawie planu szwedzkiego architekta profesora Politechniki Sztokholmskiej J. G. Glasona, wystrój wnętrz projektował zaś polski architekt Bronisław Brochwicz-Rogóyski. Na ostatnim piętrze sześciopiętrowego gmachu znalazła się centrala telefoniczna. Już 3 lata później miejsca było zbyt mało i obok zbudowano nowy gmach. Było to spowodowane tym, że liczba nowych aparatów telefonicznych (początkowo 5200) rosła w Warszawie w olbrzymim tempie. W ten oto sposób w 1904 i 1907 r. powstawały kamienica i gmach PAST-y, czyli Polskiej Akcyjnej Spółki Telefonicznej (ściśle rzecz biorąc budynki zostały przejęte przez PAST-ę w 1922 r.). Budynek przy Zielnej 37 znacznie ucierpiał w czasie Powstania Warszawskiego i został odbudowany, ale bez ostatniej kondygnacji, którą odtworzono dopiero w 2005 r.

DSC04464

W Warszawie istniały wcześniej sieci telefoniczne na podstawie koncesji Bella, jednak problemem miasta były szpecące je kable. Dlatego pozytywną zmianą - po wygaśnięciu pierwszej koncesji i wygraniu przetargu przez firmy Cedergrena i Ericssona - było kładzenie kabli pod ziemią, co było wówczas nowością na skalę europejską.

kable_podziemne_saski

Układanie kabli podziemnych w Ogrodzie Saskim, 1902 r. (źródło

Kiedy zbudowano pierwszą w Warszawie centralę telefoniczną wyposażoną w sprzęt firmy Ericsson przy ulicy Zielnej 37, natychmiast zgłosiła się tam do pracy i moja prababcia. A pamiętajmy, że wówczas praca zarobkowa kobiet nie była codziennością. Ericsson zatrudnił wówczas 171 kobiet. Otrzymanie tej pracy nie było łatwe. Firma stawiała kandydatkom wysokie wymagania. Przyszłe telefonistki przechodziły rozmowy kwalifikacyjne, musiały charakteryzować się miłym głosem, a ponadto mówić w jakimś obcym języku. Mimo wszystko ponad 110 lat temu to była wielka szansa dla kobiet, marginalizowanych społecznie, zależnych od swoich rodzin. Jak pisała poetka "Czasem poezja spływa kaskadami pokoleń,/co stwarza groźne wiry w uczuciach wzajemnych." U mnie tak jest chyba z emancypacją, którą moja prababcia rozpoczęła jeszcze długo przed I wojną światową.

Poniżej zdjęcie z 1927 r. 

telefonistki_przy_pracy_warszawa_rok_1927

Wszędzie jest wyspa Tu.

varshava

 W ogrodzie Krasińskich też jest wyspa Tu.

Rybacy wyłowili z głębiny butelkę. Był w niej papier, a na nim takie były słowa: "Ludzie, ratujcie! Jestem tu. Ocean mnie wyrzucił na bezludną wyspę. Stoję na brzegu i czekam pomocy. Spieszcie się! Jestem tu!"
Brakuje daty. Pewnie już za późno. Butelka mogła długo pływać w morzu
- powiedział rybak pierwszy.
I miejsce nie zostało oznaczone. Nawet ocean nie wiadomo który
- powiedział rybak drugi.
Ani za późno, ani za daleko. Wszędzie jest wyspa Tu
- powiedział rybak trzeci.
Zrobiło się nieswojo, zapadło milczenie. Prawdy ogólne mają to do siebie.
Wisława Szymborska "Przypowieść"

Sztafeta czyli pędzący Zachód vs kontemplujący Wschód

varshava

Atleci pędzący z Pragi ku lewej stronie Wisły znani są na pewno każdej osobie, która była choć raz przy Rondzie Waszyngtona. Rzeźba autorstwa Adama Romana stoi tam bowiem już od 60 lat (tyle dokładnie atleci skończą 22 lipca).

sztafeta

Autor tworząc wzorował się na rysunkach z greckich waz oraz na reliefie „Marsylianka” François Rude'a znajdującym się na Łuku Triumfalnym w Paryżu. Mijają lata, zmieniają się stadiony i ich funkcje, a betonowa rzeźba wciąż trwa. Jest wykonana z betonu na stalowym szkielecie, ponieważ robiona była w pośpiechu, by zdążyć na otwarcie Stadionu Dziesięciolecia. Nie górował on tak nad miastem jak obecna wersja.

rq19xs8swucean82

Źródło

Rzeźbę zdążono wykonać, odsłonięto ją o czasie, lecz plany, aby później zamienić ją na spiżową wersję odrzucono. Z tego powodu szybko niszczała. Przy okazji budowy Stadionu Narodowego "Sztafetę" odrestaurowano, pojawiają się także pomysły, aby ją zastąpić wersją odlaną z brązu. Na razie jednak stoi, tak jak stała.

Pędzący atleci z całą pewnością pasują do ruchliwego europejskiego miasta. Pęd ze wschodu na zachód kiedyś uzasadniany był politycznie. Dziś jednak przybysze ze wschodu, zwłaszcza dalekiego, też już nie kojarzą się tak jak dawniej, czyli jako ci, którzy przyszli z krainy spokoju i uważności. Więcej na ten temat można dowiedzieć się czytając wpisy na tej stronie: Serica. I stamtąd pochodzi cytat, który zakończy dzisiejszy wpis chwilą refleksji.

Ten, kto pragnie zachować zdrowie, powinien zachować umiar w osądach, wyeliminować wszelki niepokój, pohamować pragnienia, powściągać emocje, troszczyć się o siłę witalną, oszczędnie używać słów, podchodzić lekko do sukcesów i porażek, ignorować smutek i trudności, rezygnować z bezsensownych ambicji, unikać wzburzenia i nienawiści, uspokoić uszy i oczy i słuchać swego wewnętrznego głosu.
Lin Yutang „Sztuka życia”

Zofia Stryjeńska, czyli rzecz o emancypacji

varshava

Dokładnie 124 lata temu, 13 maja 1891 r. urodziła się Zofia Stryjeńska. Artystka, której dzieła mijamy często w Warszawie, dlatego dziś kilka o niej słów.

Tak się zdarzało w przeszłości, że jeśli kobieta była zdolna i chciała się rozwijać musiała mieć wiele samozaparcia. Tak było z Marią Skłodowską - Curie, która nie mogła studiować w Polsce, więc wyemigrowała do Francji. Podobnie było z Zofią Stryjeńską, która podjęła studia malarskie w Akademii Sztuk Pięknych w Monachium w 1911 r. przebrana za mężczyznę. Egzaminy zdawała jako Tadeusz Grzymała Lubański. Została jednak rozpoznana i musiała przerwać studia. Nie przerwała jednak działalności artystycznej. Lata 20. i 30. były pewnie najlepszym czasem dla jej twórczości. O całym niezwykle bogatym życiorysie Artystki nie da się tu napisać (ale warto dowiedzieć się więcej, np. tutaj - Trzecia młodość Stryjeńskiej, no i oczywiście w pamiętnikach samej Stryjeńskiej - "Chleb prawie że powszedni")

Dziś o warszawskich z nią spotkaniach. Zaczniemy więc oczywiście od Starówki i Kamienicy pod Lwem, na której podziwiać możemy polichromie jej autorstwa. Jest to narożny budynek przy Rynku Starego Miasta i ulicy Świętojańskiej. Polichromie powstały w latach 1928-1929, ale nie były przyjęte entuzjastycznie. Starówka była wówczas w dużej mierze dzielnicą nędzy. Powstał więc pomysł na jej rewitalizację, który wcale nie wszystkim się spodobał. Na szczęście jednak pomysł udało się zrealizować i choć kamienicę w 1944 r. częściowo zniszczono, to została odbudowana w latach 1952-1953, przy wykorzystaniu ocalałych fragmentów i odtworzeniu części polichromii.

 019

0201

Jednak nie wszystkie zostały odtworzone. Poniżej zdjęcie kamienicy dziś i sprzed wojny.

023

243568

Źródło

Gdzie jeszcze można spotkać Zofię Stryjeńską? Chociażby na Mokotowie, w domu Wedla. Na blogu wzmianka na ten temat już się kiedyś pojawiła, zapraszam tutaj.

Warszawska wiosna

varshava

"Chyba nie ma na świecie takiego miasta, tak właśnie jak niepowtarzalne nigdzie indziej są warszawskie wiosenne zapachy, nastroje, uczucia i myśli. I dlatego nie mówcie nam o wiosnach paryskich czy wiedeńskich! Nam, którzy wiedzą, czym jest, czym potrafi być warszawska wiosna." Leopold Tyrmand, "Zły"

0461

065

 088

I bielańska "rzeka tulipanów"

095

 099

Wpis z dedykacją dla dzisiejszej jubilatki. Wielkie to szczęście urodzić się w majowej Warszawie;)

Marsze i pochody pierwszo- i trzeciomajowe

varshava

Dziś słów kilka o majówce i długim weekendzie rozpoczynającym najpiękniejszy miesiąc w roku.

Tradycja świętowania 1 maja wbrew obiegowej opinii nie ma wiele wspólnego z ZSRR, ma smutne korzenie i sięga roku 1886, kiedy to w Chicago doszło do krwawych starć pomiędzy policją, a robotnikami walczącymi m.in o prawo do 8-godzinnego dnia pracy (12h było wówczas standardem), godnej pensji i bezpiecznych warunków pracy. Wydarzenia te, zwane są "Haymarket Massacre" lub "Haymarket Riot" i można poczytać o nich np. tutaj.

Nie dziwi więc, że i w Warszawie już od 1890 r. zaczęto świętować 1 maja jako Święto Pracy. Szeroko znane są wydarzenia, które miały miejsce w rewolucyjnym 1905 r., gdy pod kulami zginęło w Warszawie 31 robotników. Tradycję pochodów kontynuowano, pod przewodnictwem PPS w dwudziestoleciu międzywojennym, również nie zawsze w pokojowej atmosferze. Dwa dni po nich natomiast odbywały się parady z okazji 3 maja. Poniżej na zdjęciu 1 maja w 1926 r. na Krakowskim Przedmieściu, czyli 12 dni przed Przewrotem Majowym...

Źródło: NAC, Sygnatura: 1-P-2723

...i w roku 1931, pod nieistniejącym dziś pałacem Saskim, wokół odbudowy którego do dziś toczą się spory.

Źródło: NAC, Sygnatura: 1-P-2726

Pod tym samym pałacem, lecz w 1927 r. tak wyglądały obchody święta Konstytucji 3 maja. Oddziały przysposobienia obronnego uzbrojone w karabiny Mosin wz. 1891 maszerują przed pomnikiem księcia Józefa Poniatowskiego. 

Źródło: NAC, Sygnatura: 1-P-2865-2

Zresztą 3 maja to nie tylko pochody. Poniżej pokaz wyczynów zapaśnika, Władysława Pytlasińskiego, na scenie ustawionej na placu Zamkowym, (w tle widać kościół św. Anny). Pokaz miał miejsce w roku 1925. Od szczęk do pięty wszedł napięty./Oliwne na nim firmamenty.

Źródło: NAC, Sygnatura: 1-S-3416

I wreszcie powojenna tradycja 1 maja, znana szeroko. W pochodzie reprezentacja dzielnicy Żoliborz.

Żródło: NAC, Sygnatura: 40-1-232-24

Z okazji Święta Pracy i Konstytucji 3 maja życzę nam by wszystkie pracownicze i konstytucyjne prawa zawsze były w Polsce przestrzegane!

Kamienica Józefa Wildera (ul. Bagatela 10)

varshava

Bagatela to na pewno niebagatelna ulica. Wbrew legendzie jej nazwa nie wywodzi się z czasów, gdy wybudowano tu pałacyk Marcello Bacciarellego, który Stanisław August, w reakcji na podziękowania, nazwać miał "bagatelą", lecz od znajdującej się tutaj od 1818 r. restauracji o tej nazwie. Nie o samej dziś jednak ulicy, lecz o jednej z pięknych kamienic, która przy niej stoi.

IMAG0332

Znajdująca się pod numerem 10 kamienica Józefa Wildera znana jest niektórym stąd, że tu urodził się Krzysztof Kamil Baczyński. To oczywiście fakt nie bez znaczenia, ale dziś skupimy się na innych walorach tego miejsca.

Została wybudowana w latach 1911-1912, a jej projektantami byli Józef Napoleon Czerwiński i Wacław Heppen. Sam Józef Wilder był kupcem i wybudował ją po to, by prowadzić tu sklep kolonialny. Budynek był także siedzibą pensji dla dziewcząt Elżbiety Radzickiej. I co prawda w momencie wznoszenia czasy secesji już definitywnie mijały, ale w tej kamienicy dostrzec można jeszcze ślady tego stylu. W pierwszej kolejności warto zadrzeć głowę do góry by dostrzec wykusze o florystycznej ornamentyce.

IMAG0328

Ten sześciopiętrowy budynek jest niesymetryczny, a masywna brama wejściowa znajduję się nie po środku, lecz z prawej strony. Po jej przekroczeniu warto spojrzeć w górę, żeby dalej podziwiać zdobienia, a potem skręcić w lewo, by wejść w najbardziej reprezentatywną z klatek schodowych. Jej stopnie wyłożone są marmurem, w niektórych oknach znajdują się kryształowe szyby, a poręcz schodów jest niezwykle finezyjna. Wszystko to sprawia wspaniałe wrażenie i przywodzi myśl, że w miejscu tym mieszkać musiały osoby zamożne.

IMAG0317

IMAG0312
A z jednego z dwóch podwórz-studni, które się tu znajdują niebo wygląda tak.

IMAG0320

72

varshava

0011

72 lata temu wybuchło powstanie w getcie warszawskim.

Jak wspominał Marek Edelman:

"W kwietniu 1943 r. mieliśmy do dyspozycji 22 grupy bojowe, których łączna siła nie przekraczała 220 ludzi, i to - nie posiadających większego doświadczenia bojowego i należytego wyszkolenia. Dowództwo ŻOB i niemal wszyscy członkowie organizacji zdążyli przed wojną przejść co najwyżej wyszkolenie w zakresie młodzieżowego przysposobienia wojskowego lub ruchu skautowego. Nie znaliśmy technik budowy fortyfikacji, a przygotowując kryjówki podziemne nie przewidywaliśmy, że Niemcy zdecydują się na spalenie całej części miasta. Mimo to, gdy w nocy z 18 na 19 kwietnia 1943 r. nadeszły do nas pierwsze meldunki, że w najbliższych godzinach spodziewać się należy jakiejś wielkiej akcji niemieckiej przeciwko gettu - zajęliśmy zamaskowane stanowiska na piętrach domów w rożnych punktach dzielnicy i czuwaliśmy do świtu. Kilkadziesiąt tysięcy ludności nie objętej mobilizacją naszych grup chroniło się w piwnicach. Getto było jak wymarłe: nigdzie żywej duszy."

Za: W. Bartoszewski, 1859 dni Warszawy, wyd. Znak, Kraków 1974

 

Słowackiego... masz może na półce?

varshava

Losy mojej ulubionej dzielnicy tak się potoczyły, że trzy największe przecinające ją ulice noszą imiona trzech poetów romantycznych: Słowackiego, Mickiewicza i Krasińskiego. Są to wszystko ulice bardzo piękne. Patroni mniej mi się podobają, zwłaszcza Adam Mickiewicz, o czym pisałam np. tutaj.  Innych patronów żoliborskich ulic darzę większą, choć nie entuzjastyczną sympatią. Ulica Słowackiego, o której dziś piszemy, swoją nazwę nosi najkrócej. Do 1939 r. była po prostu częścią ulicy Marymonckiej. Ulica została wytyczona tuż po I wojnie światowej, a pierwszy autobus - numer 2 - przejechał tędy 20 grudnia 1920 r. (od 1924 r. zastąpiony tramwajami) Od 1939 z przerwą na lata 1941-1945 (gdy nadano jej jeszcze nie najgorsze jak na tamte czasy imię Modlinerstrasse) nosi już swoje imię.

 sowackiego

To oczywiście bardzo ważna ulica. Mieści się tu między innymi Urząd Dzielnicy, Szkoła Główna Służby Pożarniczej i Teatr Komedia. A przechadzając się po skwerze tuż obok Teatru Komedia odkryjemy, że nie ma sensu jeździć do Nowego Yorku. Mamy tu także Spółdzielczy Dom Handlowy Merkury (Me&U)

 me_and_u

Często toczę dyskusje o poezji romantycznej w Polsce, co pokazuje, że temat to naprawdę wciąż żywy. Ale od Wisławy Szymborskiej dowiedziałam się jak sobie w tych dyskusjach radzić.

"Wywołujemy dyskusję w mieszkaniu naszych oponentów. W momencie kiedy miażdżą nas imieniem wieszcza, wołamy klaszcząc w ręce 'Ach, prawda, byłbym na śmierć zapomniał - dajcie mi na chwileczkę Słowackiego, bo muszę sobie sprawdzić zakończenie jednego wiersza!' Trzy razy stosowaliśmy ten trik i trzy razy okazywało się, że rzekomo ukochanej przez nich poezji w ogóle w domu nie mają. Uśmiechamy się wówczas dobrotliwie i żegnamy skonsternowanych gospodarzy".

W. Szymborska, Poczta literacka czyli jak zostać (lub nie zostać) pisarzem,  Wydawnictwo Literackie, Kraków 2000

 

O grodzeniu, wzajemnej niechęci i potrzebie równości

varshava

Wpis na temat grodzenia się osiedli chodził mi po głowie już od kilku lat, ale jakoś nie mogłam się zebrać by o tym napisać. Teraz jednak, gdy przez media przetacza się na ten temat dyskusja, łatwiej się do niej po prostu dołączyć.  

DSC03859

Kto ma poczucie wyższości?

Zacznę jednak od dyskusji. Jest typowa dla toczonych w ostatnich latach w polskich mediach i to bardzo mnie martwi. Tworzą się bowiem dwa przeciwstawne obozy, które nawzajem się nienawidzą i obrażają. Wielu też odczuwa swoiste "poczucie wyższości" wobec swoich adwersarzy w danej sprawie. Od razu więc napiszę: co prawda nie mieszkam na zamkniętym osiedlu, co mnie cieszy, ale nie uważam, że wszyscy na osiedlach grodzonych są "nuworyszami, którym wychodzi słoma z butów". Rozumiem nawet powody, dla których ludzie wolą mieszkać w takich miejscach, motywowane przede wszystkim poczuciem bezpieczeństwa. Wiem też, że nie zawsze jest to wybór, po prostu kupuje się mieszkanie lub wynajmuje, a miejsce jest grodzone, niezależnie od woli danej osoby. Nie uważam też, że wszyscy mieszkańcy prowadzą taki sam styl życia, są zamknięci na miasto i nie wiedzą w jakim świecie żyją. Mimo to mam nadzieję, że grodzonych osiedli będzie coraz mniej.

Kiedy bezpieczeństwo prowadzi do niebezpieczeństwa

Jako dziecko, pod koniec lat 90. bardzo często bawiłam się na dworze. Internet jeszcze nie śmigał tak jak dziś, a jako jeden z ostatnich roczników wyżu demograficznego, miałam liczne towarzystwo do zabaw. Znaliśmy większość zakamarków na Żoliborzu i bliskich Bielanach. Nie było kłopotu, by wejść na teren innego osiedla, co też chętnie czyniliśmy. Moi koledzy pochodzili z przeróżnych środowisk społecznych o różnym kapitale kulturowym i finansowym, co nie stanowiło żadnej sprawy. Wszyscy zresztą chodziliśmy do tych samych szkół. Dzięki temu do dziś mam naprawdę niezwykłych znajomych, którzy wybrali w życiu bardzo różne ścieżki. Tymczasem grodzone osiedla mogą sprawiać, że pewnych znajomości dzieci nigdy nie zawrą. Nie stanie się tak ani na podwórku ani w szkole. Dlaczego? Dlatego, że rejonizacja jest fikcją. Do szkół obwodowych trafiają przede wszystkim dzieci osób o tzw. najniższym kapitale społecznym. Zjawisko to nazywa się autoselekcją szkolną. Ja wyciągam z tego dalej idące wnioski. Mam bowiem obawy, że pewne grupy społeczne w życiu po prostu nigdy się nie spotkają i nie zrozumieją. Będą się mijać, np. w sklepie jako obsługa i klient. To nie tylko obniża szanse na wyrównywanie różnic, ale prowadzi do ich pogłębienia i wzajemnego niezrozumienia. Dlaczego uważam, ze to niebezpieczne? Dlatego, że zgadzam się z tezami zawartymi w książce "Duch równości", o znamiennym podtytule "Tam gdzie panuje równość wszystkim żyje się lepiej" Richarda Wilkinsona i Kate Pickett. I najogólniej mówiąc uważam, że rosnące nierówności i oddzielanie się mogą prowadzić do wykluczenia całych grup społecznych, ich niższego statusu i wreszcie do buntów społecznych, które dla nikogo jeszcze się nigdy dobrze nie skończyły. Wojny mają to do siebie, że wszyscy je zawsze przegrywają.

Przykłady skrajne

W Warszawie oczywiście skrajnie nie jest, choć ilość zamkniętych osiedli, a nawet kamienic jest coraz większa. Trudno teraz wejść gdziekolwiek bez kodu, trzech bram i znajomego, który mieszka w danym budynku. To zresztą często podkreślają wielbiciele warszawskich kamienic i ich klatek schodowych. Żeby je podziwiać, trzeba się nieźle natrudzić. 

Zdarzyło mi się przebywać kiedyś w państwie niezwykłym, fascynującym, o wspaniałej kulturze, przyrodzie i... gigantycznych nierównościach społecznych. Tym państwem jest Brazylia.

382

 

Mimo gigantycznego wysiłku, który w ciągu ostatniej dekady poprawił życie ponad 40 milionów obywateli (można o tym poczytać np. tutaj) przebywanie na ulicach miast łączy się czasami ze strachem, a najczęściej z wyrzutami sumienia. Mieszkańcy wielkich, oczywiście grodzonych, pięknych budynków wychodzą rano do pracy, mijając na ulicach śpiących bezdomnych i podziwiając, na nieodległych wzgórzach favele, które z dala wyglądają całkiem ładnie, zwłaszcza nocą. W Brazylii wciąż jeszcze nie każdy ma odwagę poruszać się transportem publicznym, nikt dostatecznie zamożny nie pośle dziecka do publicznej szkoły, a w publicznych szpitalach sytuacja jest dramatyczna. Do tego właśnie prowadzą rosnące nierówności.

Oczywiście tak nie dzieje się w Warszawie i nigdy dziać nie będzie. Inne mamy korzenie, inną ścieżkę rozwoju i, na szczęście dla nas - inny poziom nierówności. Należy jednak pamiętać o tym, że pewne problemy narastają latami i kiedyś nie będzie już tak łatwo ich odwrócić.

 favele

 

Walor estetyczny

Dlaczego wolę osiedla otwarte? Także z pewnego banalnego powodu. Nie wszystko musi być prywatne. W miastach niegrodzonych jest po prostu ładniej. Na przykład na takim Muranowie.

064003

 

Z góry i z dołu (GTWB)

varshava

Z wielu miejsc w Warszawie widać wieżę ciśnień filtrów Lindleya. Tu widok z góry, czyli z kamienicy przy Wspólnej, w pięknej majowej oprawie.

135

Budowę filtrów zlecił w pierwszym roku swoich rządów Sokrates Starynkiewicz. System wodociągów i filtrów zaprojektował angielski inżynier William Lindley, a dzieło kontynuował jego syn, William Heerlein Lindley. Byli to wybitni inżynierowie znani w całej Europie. Projektowali (lub opiniowali) sieci wodociągowe także w takich stolicach jak Budapeszt, Wiedeń, Praga czy Moskwa. Przyczynili się też do rozwoju kanalizacji w wielu innych polskich miastach: Łodzi, Jeleniej Górze czy Radomiu. Inżynierowie ci byli ludźmi niezwykle wszechstronnymi, a syn, Wiliam Heerlein zasłynął także z prac geodezyjnych. Stworzył bardzo szczegółowe plany Warszawy, które do dziś zachwycają swoim kunsztem. Większość z ponad siedmiu tysięcy arkuszy przetrwała do dziś. Niektóre z nich można przejrzeć np. na stronie Archiwum Państwowego w Warszawie.

Lindley znalazł najwyżej położony punkt miasta (pozostałość po wysoczyźnie polodowcowej, około 113 m. n.p.m.) i właśnie w tym miejscu wybudował stację filtrów. Budowę rozpoczęto w sierpniu 1883 r., a pierwsza woda do domów dotarła już 3 lipca 1886 r. Filtry warszawskie, poza tym, że są niezwykłą atrakcją - pełnią swą zasadniczą funkcję do dziś, oczywiście rozbudowywane i bardzo zmodernizowane. Z dołu wygląda to tak: komora filtra powolnego.

069

073

 

Widok Warszawy od strony Pragi, czyli rzecz o zmianie

varshava

Jeżeli dziwisz się, Stały Czytelniku lub Czytelniczko, wchodząc na tę stronę, to informuję, że dobrze trafiliście. Blog przeszedł tylko pewną metamorfozę, której celem było stanie się bardziej czytelnym i dostosowanym do współczesnych wymogów. Wydaje mi się, że zamierzenie to udało się osiągnąć.

Opisując historię i współczesność większości miast świata znaleźlibyśmy dla nich jeden wspólny mianownik, jest to właśnie zmiana. Warszawa przeszła tych zmian tak wiele, że czasem zastanawiam się czy moi przodkowie łatwo by się w tej ciągle nowej stolicy odnaleźli. Jeśli jednak dobrze dobierzemy punkt obserwacyjny, możemy dopatrzeć się Warszawy naszych przodków. Dlatego dziś trzy rzuty oka na Warszawę widzianą z prawego brzegu.

Widok Warszawy od strony Pragi, Bernardo Belotto (Canaletto) 1770 r. - szerzej o tym obrazie pisałam tutaj.

(źródło)

Inne ujęcie, zima 1937 r.

Źródło: NAC, Sygnatura: 1-U-6586

Ponieważ wśród współczesnych panoram miasta z prawego brzegu dominują piękne wieżowce, ja ograniczyłam je do minimum. Warszawa,  październik 2014 r. 

I jeszcze, podrzucone w komentarzach przez Abs-urd'a 200 tysięcy złotych z 1989 r.

dwiecie_tysicy_Warszawa

Pocztowy gołąbek pokoju wśród oficerów

varshava

O ulicy Kaniowskiej można napisać wiele, bo piękne to miejsce. Znajduje się na Żoliborzu Oficerskim, więc jak przystało na tę nazwę - przed wojną chodziło tędy wielu wojskowych wysokich stopniem, a pod numerem 1 mieszkał generał Józef Haller. Willa ta zresztą trochę odbiega architekturą od pozostałych. Kazimierz Tołłoczko zaprojektował ją na wzór francuskich willi XVIII wiecznych. Być może miało to generałowi przypominać czasy Błękitnej Armii. Zresztą i nazwa ulicy z Hallerem się łączy, pochodzi bowiem od nazwy miejscowości, gdzie dowodził on bitwą w czasie I wojny światowej.

Nie o bitwach dziś jednak i nie o generałach (bo jak pisał Julian Tuwim, a niektórzy nawet to zaśpiewali "tutaj my - zamyśleni przechodnie, my jesteśmy tu generałami"), lecz o detalu. Idąc ulicą Kaniowską rozglądajcie się zatem, a może uda Wam się dostrzec piękną skrzynkę z gołębiem pocztowym. Ale gołąb ten trochę też pokojowy. Co wśród oficerów miłym jest wrażeniem.

© Warszawa
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci