Menu

Warszawa

Miasto na wskroś mnie przeszywa

Aleja Przyjaciół nie tylko Jarosława Iwaszkiewicza

varshava

Najwybitniejszy, w moim mniemaniu, polski prozaik, Jarosław Iwaszkiewicz napisał kiedyś "Aleję Przyjaciół". To książka, która  jest opowieścią o jego przyjaźniach zadzierzgiwanych jeszcze w czasie dwudziestolecia międzywojennego, m.in z Antonim Sobańskim (nazwisko to pojawi się jeszcze w naszej opowieści). Tymczasem aleja Przyjaciół istnieje naprawdę. I jest to jedna z najbardziej urokliwych uliczek Warszawy. 

Swoją nazwę, jak twierdził Jerzy Waldorff, który od 1973 r. mieszkał przy tej ulicy do śmierci, zawdzięczała właśnie rodowi Sobańskich, którzy posiadali tu pałac z ogrodem. Przyjętym przez nich zwyczajem było zachęcanie do sadzenia kasztanowców przez odwiedzających ich przyjaciół. Pałac pozostał do dziś, lecz ogród na jego tyłach rozparcelowano by wytyczyć tu nową ulicę - aleję Przyjaciół. Sam pałac pełnił wiele funkcji politycznych, w PRL stanowił siedzibę Ogólnopolskiego Komitetu Frontu Jedności Narodu, a potem Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego. Po transformacji najpierw była to siedziba Komitetu Obywatelskiego, później Instytutu Lecha Wałęsy, a teraz mieści się tutaj Polska Rada Biznesu.

IMAG0739

Chyba jednak nie pałac jest najbardziej interesującym na tej ulicy (stoi zresztą do niej zwrócony tyłem) lecz kamienice, w większości zbudowane w stylu funkcjonalistycznym i modernistycznym. Były to kamienice luksusowe, o dużych mieszkaniach, pięknie wykończone. Stojąc na tak zacisznej (i ślepej) uliczce znalazły więc uznanie także Niemców, którzy od 1941 r. zaczęli zasiedlać te mieszkania i tworzyć tu "dzielnicę niemiecką". Dzięki temu miejsce to przetrwało nie tylko wojnę, lecz i Powstanie Warszawskie. Po roku 1945 mieszkania zajmowali chętnie i licznie m.in. dygnitarze nowego ustroju.

Dziś spojrzenie na jedną tylko z kamienic, znajdującą się pod numerem 8. Tzw. kamienica Regulskich (nazwisko przedwojennych właścicieli) została zaprojektowana przez spółkę architektów Gelbarda i Sigalina i wybudowana w latach 1936-1937. Jest to budynek w stylu cięższym niż rozwiązania typowe dla funkcjonalizmu, bardziej dekoracyjny. Nie oglądamy go zresztą dokładnie takim, jakim go zaprojektowano. Wkrótce po wybuchu wojny spadła nań bomba, która co prawda odbiła się od budynku i wybuchła na ziemi, lecz spowodowała znaczne szkody, naprawiane na przełomie 1939 i 1940 r.

W kamienicy mamy więc obowiązkowe lustro i alabastrowe ściany

lustro_przyjaciol_8

dekoracyjną mozaikę w holu

mozaika_przyjaciol_8

 i częściowo przeszklony szyb windy,tej samej, która funkcjonuje niezmiennie od początku istnienia budynku.

szybA vis-à-vis wejścia do kamienicy znajduje się tajemnicze okienko. Jest to okienko do portierni, wstawione tu podobno już w latach 1939-1940, w czasie odbudowy.

okienkoprzyjaciol

Podsumowując: dobrze jest mieć przyjaciół w alei Przyjaciół. Duża przyjemność estetyczna.

Wielki prezydent miasta

varshava

Był mroźny, grudniowy wieczór 1875 r., gdy Sokrates Starynkiewicz wysiadł z pociągu na Dworcu Petersburskim w Warszawie. Ten 55-letni wówczas generał gwardii carskiej nie sądził pewnie, patrząc na drewnianą, parterową zabudowę wokół, że to miasto zatrzyma go już na zawsze. W tym miesiącu mija więc 140 lat od momentu przejęcia prezydentury miasta przez jednego z największych jej zarządców, a 18 (lub 20 grudnia, w zależności od źródeł) minie także 195 lat od urodzin Sokratesa Starynkiewicza. Prezydenta, o którym zawsze warto przypominać, bo był to człowiek, który wprowadził nasze miasto w nowoczesność, Kazimierz Wielki Warszawy, zastał ją zacofaną a zostawił jako nowoczesną metropolię. Obowiązki prezydenta miasta (był właściwie p.o.) pełnił w latach 1875-1892, jednak po odejściu z urzędu pozostał na miejscu, często i chętnie służąc radą i działając w Warszawskim Towarzystwie Dobroczynnym. Zmarł w roku 1902, jest pochowany na cmentarzu prawosławnym na Woli, a w jego pogrzebie uczestniczyły rzesze Warszawiaków.

0_APW_zesp_1001_IV_16800Plan Miasta Warszawy, pomiar pod kierunkiem głównego inżyniewa W.H. Lindleya, 1888, litografia ręcznie kolorowana, źródło: Archiwum Państwowe m.st. Warszawy

No to co takiego zrobił, zapyta ktoś, że aż tak go honorujemy? Otóż dróg do modernizacji było wiele.

Po pierwsze - miasto do którego przyjechał praktycznie nie miało kanalizacji. Już w ciągu pierwszego roku swojego urzędowania zaczął organizować prace mające zmienić ten stan rzeczy (m.in. starając się o niełatwą do uzyskania zgodę znad Newy). A przecież rozwijajacemu się miastu bez kanalizacji brakowało wody pitnej, wody dla przemysłu, już nie wspominając o wielkich potrzebach sanitarnych, ogromnej śmiertelności i częstych epidemiach. Dzięki inżynierowi Lindleyowi (a potem jego synowi)  powstały plany miasta, a w kolejnych latach nowoczesna kanalizacja, rozbudowywana do dziś. Budowa kanalizacji to oczywiście czas rozkopanego miasta i utrudnień, ale był to także proces pociągający za sobą inne inwestycje: zmiany nawierzchni jezdni, chodników czy oświetlenia. Ponadto, dzięki kanalizacji nie tylko zwiększył się dostęp do wody, ale stawała się ona też tańsza. Rozwój kanalizacji miał także przeciwników, głównie właścicieli posesji zmuszonych do partycypowania w kosztach, jednak najciekawszym przejawem działalności wrogów kanalizacji jest broszura, która ukazała się w Krakowie w 1900 r. nakładem znanego wydawnictwa Gebethnera „Kanalizacja miasta Warszawy jako narzędzie judaizmu i szarlatanerii w celu zniszczenia rolnictwa polskiego oraz wytępienia ludności słowiańskiej nad Wisłą”

 

Po drugie - to z inicjatywy Sokratesa Starynkiewicza, równolegle do rozbudowy wodociągów i kanalizacji - powstawała miejska komunikacja. Pierwsza linia tramwaju konnego została uruchomiona w 1881 r.  I nawet jeśli wówczas już zachód przesiadał się do tramwajów elektrycznych, a w Londynie jeżdżono metrem, to jak na Warszawę - był to ogromny skok cywilizacyjny.

Po trzecie - ekspansja przemysłu w Warszawie doprowadziła do zniszczenia zieleni. Prezydent założył więc "komitet plantacyjny", zadrzewiano ulice, sadzono kwiaty, prowadzono renowację parków. Lubicie spacerować po Parku Ujazdowskim? Możecie być wdzięczni Sokratesowi Starynkiewiczowi za jego założenie.

Po czwarte - bardzo popularne ostatnio i efektowne zdjęcia gazowni na Woli, pokazują miejsce, które powstało dzięki prezydentowi.

z16814912IHGazowniaWarszawskaZdj. Maciej Margas, źródło

Po piąte, do rozwijającego się miasta przybywało coraz więcej ludzi, pojawiła się zatem potrzeba stworzenia nowej nekropolii. I to właśnie za czasów i z inicjatywy Starynkiewicza powstał cmentarz Bródnowski.

Po szóste, a wracając znów do kwestii sanitarnych - za czasów prezydenta Starynkiewicza handel, zwłaszcza produktami spożywczymi, odbywał się na wolnym powietrzu. I co prawda już po odejściu na emeryturę prezydenta, lecz znów z jego inicjatywy, powstawały pierwsze hale targowe w Warszawie.

Modernizacja miasta to także jego rozwój demograficzny i społeczny. Wzrósł popyt na pracę, potrzebna była siła robocza, która to wszystko wyprodukuje i ambitne plany wcieli w życie. Nie dziwi więc, że 26 sierpnia 1902 r. na cmentarz odprowadzało Sokratesa Starynkiewicza 100 000 osób, w mieście, które wówczas liczyło około 630 000 mieszkańców.

Pogrzeb_Sokratesa_Starynkiewicza_w_Warszawie_26_sierpnia_1902Kondukt pogrzebowy Sokratesa Starynkiewicza na placu Teatralnym w Warszawie , źródło

Święto Niepodległości czyli jak domknąć tę walizkę?

varshava

11 listopada to święto, o którego znaczeniu pisać nie musimy, bo każde dziecko w szkole się o tym uczy. Jak to jednak z historią bywa, poszczególne grupy interpretują ją wedle swoich pomysłów. Jest tak również z niektórymi organizacjami (zwłaszcza nacjonalistycznymi i faszyzującymi), które od kilku dobrych lat zagarniają tego dnia przestrzeń publiczną w Warszawie i innych miastach. Jeśli nawet uznamy, że osoby wychodzące na ulicę zadeklarują się jako spadkobiercy endecji - wciąż trudno będzie nam pojąć dlaczego zatem składają hołd Józefowi Piłsudskiemu, który nigdy bohaterem endecji nie był, a wręcz przeciwnie, z wzajemnością się z tą formacją nie lubił (delikatnie powiedziane). Pikiety endeckie mają długą, lecz nie zawsze chlubną tradycję.  W 1937 r. Jan Szeląg pisał tak:

"W śródmieściu Warszawy (...) panują endeckie pikiety. Jest to obyczaj po raz pierwszy wprowadzony na ulice stolicy Polski, a idący z miasteczek prowincjonalnych. Kronikom policyjnym i kryminalnym pozostawiamy sprawę zajść, które w czasie owego pikietowania mają miejsce. Prawnikom, moralistom i historykom naszej epoki pozostawiamy sprawę rozpatrzenia prawości owej akcji endeckiej, jej słuszności i zgodności z obyczajami cywilizowanego narodu. (...) Pikiety endeckie stoją przed sklepami, w których sprzedaje się książki. Pisma endeckie oenerowskie i im pokrewne nawołują do bojkotu jednych, a popierania innych sklepów z książkami."

W taki sposób próbowano "spolonizować" sprzedawców. Zresztą nie tylko to było przedmiotem zainteresowania przedwojennej endeckiej młodzieży nacjonalistycznej. Przypomnijmy, że walczyli także (i wywalczyli) o tzw. getta ławkowe, czyli wprowadzenie segregacji narodowościowej na polskich uniwersytetach. Oznaczało to, że studenci pochodzenia żydowskiego musieli siedzieć oddzielnie na salach wykładowych. Poniżej blokada Uniwersytetu z 1936 r. Jak widać obok postulatów narodowościowych "żądamy getta ławkowego" pojawiały się także socjalne "i obniżki opłat" i tradycyjne "Śmierć Żydokomunie".

blokada_uw

Źródło: NAC, Sygnatura: 1-N-3589-1

A poniżej już tradycyjne obchody Święta Niepodległości w Warszawie 11 listopada 1926 r., a więc pierwsze po przewrocie majowym, który, jak warto przypomnieć, rozpocząl 13 lat autorytarnych rządów sanacji.11.11._26

Źródło: NAC, Sygnatura: 22-257-4

Wisława Szymborska opisując jedną z lektur nadobowiązkowych napisała tak: "W którejś ze starych komedyjek Chaplin (bodajże), chcąc domknąć walizkę, obcina nożyczkami wszystko co z niej wystaje.. Jak widać historycy także borykają się ze swoją walizką".

W dzień świąteczny odsyłam więc do..."Wszystkich lektur nadobowiązkowych" wydanych przez Znak w 2015, czyli zebranych razem literackich felietonów Wisławy Szymborskiej.

Nigdy o Tobie

varshava

207

Nigdy o tobie nie ośmielam się mówić
ogromne niebo mojej dzielnicy
ani o was dachy powstrzymujące wodospad powietrza
piękne puszyste dachy włosy naszych domów
milczę także o was kominy laboratoria smutku
porzucone przez księżyc wyciągające szyje
i o was okna otwarte-zamknięte
które pękacie w poprzek gdy umieramy za morzem

 

(...)

Tyle uczuć mieści się między jednym uderzeniem serca a drugim

tyle przedmiotów można ująć w obie ręce

Nie dziwcie się że nie umiemy opisywać świata
tylko mówimy do rzeczy czule po imieniu

Zbigniew Herbert

 

Dwa dni temu Zbigniew Herbert skończyłby 91 lat. Nawet pisząc o Lwowie pisał uniwersalnie.

Rocznice i konkursy

varshava

Warszawa może pochwalić się jednym z najbardziej prestiżowych konkursów na świecie. Mowa oczywiście o Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym im. Fryderyka Chopina, którego XVII edycja rozpoczęła się 1 października tego roku. Pierwsza edycja miała miejsce w 1927 r. (choć pierwotnie jej rozpoczęcie planowane było na 15 października 1926 r, czyli w dzień odsłonięcia w Łazienkach Królewskich pomnika Chopina). Brało wówczas udział 26 muzyków z ośmiu krajów w tym - wówczas dwudziestoletni - Dymitr Szostakowicz. Pierwsze zmagania spotkały się z pozytywnym odbiorem. Do niedociągnięć można zaliczyć niezapewnienie uczestnikom sal do ćwiczeń, przez co muzycy zmuszeni byli ćwiczyć w prywatnych mieszkaniach. 88 lat temu zwycięzcą został reprezentant ZSRR Lew Oborin, ale druga i trzecia nagroda przypadły Polakom:  Stanisławowi Szpinalskiemu i Róży Etkin.

konkurs011927

Źródło

A teraz szybki skok o prawie 40 lat. Mamy rok 1965, czyli dokładnie 50 lat temu. W VII edycji konkursu większość nagród przypada reprezentantom Ameryki Łacińskiej. Miejsce pierwsze zajęła Argentynka, Martha Argerich, zwana wówczas "czarną panterą fortepianu". Rozpoczęła zresztą swoje występy nietypowo... od ucieczki sprzed wejścia na estradę. Miejsce drugie zajął Brazylijczyk Arthur Moreira Lima, a trzecie Polka - Marta Sosińska  Konkurs nazwano wówczas "Wielkim" ze względu na dodanie dodatkowego, czwartego etapu. Dodatkowym utrudnieniem była szalejąca grypa, która zbierała żniwo zarówno wśród jurorów, jak i wśród uczestników.

martha

Martha Argerich w warszawskiej Filharmonii podczas konkursu, 1965 r., Źródło

Tegoroczny Konkurs Chopinowski  - zmagania muzyków i komentarze ekspertów - można śledzić przez cały czas w radiowej dwójce, do czego gorąco zachęcam. Wysoki poziom konkursu sprawia, ze trudno laikowi ocenić kto powinien wygrać. Jak pisał Wiech:

"Cały konkurs polega na wytrzymałości publiki i sędziów, bo wszystkie młodziaki grają na duży złoty medal i nikt nie jest w stanie się połapać, który lepiej. Muzyka jest taka więcej przepiękna, tylko ciut-ciut jednostalna. Taki na przykład marsz żałobny, jak go się słyszy pierwszy raz, podoba się szalennie, za czwartem już nie tak bawi. Mile widziane są krótsze kawałki, przy dłuższych publika dostaje niemożebnego kaszlu. Sam miałem przejście z takiem kaszlącem osobnikiem. Tak mnie zgniewał, że mówię do niego koniec końców - Coś pan tu przyszedł na koklusz chorować czy jak? Każden się męczy, każden by wolał "Ciche wode". Teraz leguramin ma być zmieniony. Jak pierwszy z sędziów zacznie kasłać albo w kimono uderzy, młodzik będzie miał prawo przerwać sonatę b-moll z wariacjamy i zasunąć tango Milonga albo coś innego do słuchu. Jednem słowem życie przyznało mnie racje."

O zmianie regulaminu jednak do dziś nic nie wiadomo. ;)

Dziś opisuję wybrane rocznice bardziej i mniej okrągłe. Konkurs Chopinowski ma już 88 lat. Dokładnie pół wieku temu wygrała go Martha Argerich, która po raz kolejny zasiada obecnie w jury i wraz z Nelsonem Goernerem zagrała na Koncercie Inaugurującym wydarzenie. 5 lat temu konkurs wygrała Juliana Awdiejewa, o czym już zdążyłam tu napisać, bo blog obchodzi dziś 7. urodziny.

A na koniec ballada f-moll grana przez laureatkę pięć lat temu. Nikt nie kasłał. 
 

Julian Tuwim i Tomasz Mann

varshava

Ten, kto ma zwyczaj zaglądać tu od czasu do czasu wie, że lubię wielu poetów, lecz tym pierwszym (a czy pierwsza miłość nie porusza najdelikatniejszych strun w sercu przez całe życie?) zawsze będzie dla mnie Julian Tuwim. Dziś Książę Poetów skończyłby 121 lat. Z tej okazji kolejna warszawska historia. I choć jej głównym bohaterem był Tomasz Mann... my skupimy się na naszym zacnym Jubilacie (pisuję o nim często, odsyłam choćby do zeszłorocznej, okrągłej rocznicy, 120)

Jest 12 marca 1927, Tuwim mieszka w Warszawie już od ponad dekady, cieszy się sławą i powodzeniem (a martwi antysemityzmem, lecz jeszcze nie tak rozszalałym jak za kilka lat). W tymże roku na zaproszenie polskiego PEN Clubu przybywa z wizytą do Polski wielki pisarz niemiecki, Tomasz Mann, który - choć Nagrodę Nobla dostanie dopiero za dwa lata (w 1929 r.) - już cieszy się ogromną popularnością. Dlatego na to spotkanie w winiarni u Fukiera na Starym Mieście (miejsce wyjątkowe, wymagające dodatkowego wpisu!) wybrała się elita literacka tamtego czasu, można rzec: crème de la crème. Nie mogło więc zabraknąć tam Juliana Tuwima. Na zdjęciu poniżej Tuwim pije zdrowie Gościa (siedzi drugi od lewej). 

Mann_Tuwim_1927Źródło: NAC, sygn. 1-K-2093-3

A oprócz Juliana Tuwima i stojącego na środku Tomasza Manna widać tu m.in. Juliusza Kaden-Bandrowskiego, Kazimierza Wierzyńskiego, Jan Lechonia, Ferdynanda Goetla i Ludwika Hieronima Morstina.

Na drugim z kolei zdjęciu Julian Tuwim siedzi tuż za Gościem wpisującym się do księgi.

Mann__Tuwim_1927_2

Źródło: NAC, sygn. 1-K-2093-4

Kolejne zdjęcie to już nie tylko zacne osoby, ale i mury słynnej winiarni u Fukiera. Julian Tuwim stoi dokładnie nad Tomaszem Mannem, a po jego prawej, wysoki i piękny, jeden z najwybitniejszych pisarzy polskich: Jarosław Iwaszkiewicz.

Mann_Tuwim_IwaszkiewiczŹrodło: NAC, sygn.1-K-2093-2

Lata 1927-1928 to okres obfitujący w liczne wydarzenia natury towarzyskiej i przyjęcia o charakterze literackim i politycznym. Miesiąc po spotkaniu z Tomaszem Mannem Tuwim brał udział w bankiecie na część Konstantego Balmonta, a rok później w raucie na cześć przebywającego w Polsce króla Afganistanu Chana-Amanullaha. Skamandryci, jak to mieli w zwyczaju, czynili sobie z takich wydarzeń liczne dowcipy. Z tej ostatniej okazji Tuwim ze Słonimskim wydali broszurę, którą porozkładali na widocznych miejscach w czasie przyjęcia w Zamku. Broszura ta miała za zadanie spuścić trochę powietrza z nadętej atmosfery wokół spotkania i na dzisiejsze czasy jej treść może wydawać się trochę niepolityczna, pamiętajmy jednak, że był to rok 1928. A oto co w niej między innymi napisano:

Broszura wydana na przyjazd Amanullaha. Wygłup, pure-nonsens (...). Na zapytanie, jak długo Cesarz zamierza pozostać w Polsce  - Amanullah odpowiedział "Ghor", co znaczy w dokładnym przekładzie: "Czekam na wiadomość, kiedy odbędą się zaręczyny mojej córki, po czym wyjadę albo przez kraje sąsiednie, albo przez kraje niesąsiednie, aby w dzień zaręczyn trzymać nad głową zaręczonych baldachim składany, albo nieskładany, wykonany dla mnie przez firmę "Scott, Scott and Palmer", albo przez firmę "Palmer, Palmer and Scott".

Gmach audytoryjny UW

varshava

Pamiętam jak na pierwszym roku studiów z grozą w oczach przestrzegano mnie przed budynkiem mijanym w drodze do punktu xero przy Wydziale Geografii.  "Tam kroją i przechowują zwłoki" - mówiono. I nie bez racji, jeszcze do niedawna w gmachu audytoryjnym mieścił się Warszawski Uniwersytet Medyczny, a dokładnie wydziały farmakologii, fizjologii i patofizjologii. Niektórzy twierdzili nawet, że nocą z budynku wydobywa się specyficzna woń. Tak powstają mity. Ale budynek jest wart naszej uwagi, zwłaszcza, że przechodzi generalny remont.

Opisywany dziś gmach znajduje się po lewej stronie (dla wchodzących bramą główną) i jest  niemal bliźniaczy z budynkiem Wydziału Historii (dawniej Pawilonu Sztuk Pięknych). Obydwa stoją równolegle do Krakowskiego Przedmieścia. Powstał jeszcze przed powstaniem listopadowym, lecz słynna ogromna aula, która była w stanie pomieścić 1,2 tysiąca osób znajdowała się tutaj od 1865 r. W tej właśnie auli odbywały się oficjalne uroczystości uniwersyteckie. Jej sufit zdobił plafon przedstawiający Słońce i cztery inne gwiazdy. Słonce miało symbolizować Szkołę Główną Warszawską (powstałą w 1862 r. na miejscu Uniwersytetu Warszawskiego, który zlikwidowano po powstaniu listopadowym), a pozostałe gwiazdy oznaczały cztery wydziały tej uczelni (Prawa i Administracji, Filologiczno-Historyczny, Matematyczno-Fizyczny i Lekarski). Nim jednak powstała Szkoła Główna Warszawska w budynku siedzibę miała Szkoła Sztuk Pięknych, nie posiadająca jednak statusu uczelni wyższej.

 Zaleski_Fine_Arts_School_in_Warsaw

Szkoła Sztuk Pięknych w Warszawie, M. Zaleski, 1858 r. źródło: wiki

Od momentu odzyskania przez Polskę niepodległości w budynku znajdowały się wydziały medyczne Uniwersytetu Warszawskiego. We wrześniu 1939 r. gmach znacznie ucierpiał. Dokonano jednak jego remontu i w latach 1941-1943 znajdowała się tu szkoła doktora Jana Zaorskiego. Działała oficjalnie, uznawana przez Niemców jako szkoła zawodowa dla pomocniczego personelu sanitarnego. Jednak pod tą przykrywką funkcjonował tajny wydział medycyny Uniwersytetu Warszawskiego. 

cz1il5Ulotka zawiadamiająca o otwarciu szkoły pochodzi ze strony poświęconej medykom Powstania Warszawskiego, w tym doktorowi Janowi Zaorskiemu (niezwykła to postać, o której naprawdę warto coś wiedzieć).

Po drugiej wojnie do budynku już oficjalnie powrócił wydział medyczny Uniwersytetu Warszawskiego, a po rozdzieleniu Uniwersytetu i Medycyny - Akademia Medyczna (później Warszawski Uniwersytet Medyczny). W przyszłości (po remoncie) budynek ma stać się siedzibą Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych. Na razie prace wrą, a wrzenie to jest aż przerażające. Ufam jednak, że wiedzą co robią ;)

IMAG0589

 

IMAG0592

A ma być tak (źródło)

budynek_audytoryjny

W dole rzeka: nadzwyczajna; triumfalna; niebieska;

varshava

- Po co jechać nad Bałtyk skoro mamy Wisłę - usłyszałam jak mówił wczoraj młody chłopak do swojego kolegi, gdy mijali mnie na bulwarach. I rzeczywiście. Królowa polskich rzek nie może narzekać na brak zainteresowania w tym roku. A to otwierają bulwary, a to wydarzenia na praskich plażach, a to najniższy poziom wody od wieków i można przejść ją w bród. Naprawdę warto tu przyjść, zwłaszcza, że rzeka nasza nie tylko "nadzwyczajna; triumfalna; niebieska;", ale i "szeroka; rozłożysta; odwieczna;" jak pisał Konstanty Ildefons, a do tego bulwary są naprawdę piękne! Ich budowę rozpoczęto w 1935 r., za czasów prezydentury Stefana Starzyńskiego, a kamienna tablica wmurowana w ścianę między mostem Śląsko-Dąbrowskim a przejściem podziemnym pod Wisłostradą obok daty rozpoczęcia posiada także datę zakończenia inwestycji, ale z brakującą cyfrą: "194..." Do pomysłu wrócono niedawno, pierwszą część oddano 2 sierpnia 2015, a w kolejnych latach będą powstawały kolejne. Lato nas rozpieszcza, trzeba z tego korzystać.

0341
043

 0371

 0681

Nietrudno się zakochać:

055

A poza tym.. miło Cię widzieć.

IMAG0567

71.

varshava

Pierwszy raz o Powstaniu Warszawskim w sposób świadomy, już na zawsze zapamiętany, usłyszałam w roku jego pięćdziesiątej rocznicy. Miałam wówczas 8 lat i pamiętam jak pani dyrektor szkoły na zakończenie roku kazała nam 1 sierpnia o 17 godzinie przystanąć, gdziekolwiek byśmy byli. Odkąd pamiętam przystawałam zawsze, ze względu na historię mojego dziadka, ze względu na dramat cywilnych ofiar i ze względu na tragedię, jaką Warszawa przeżywała w 1944 r. Ale wtedy obchody wydawały mi się bardziej normalne, może dlatego, że byłam jeszcze dzieckiem i nie zwracałam uwagi na to co się działo? A może naprawdę ta narodowa tromtadracja jeszcze nie była tak upiorna i tak wszechobecna? 

039

Nie jestem osobą, która miałaby śmiałość w jakikolwiek sposób siedząc przed swoim komputerem w roku 2015 oceniać Powstańców czy tych co podjęli decyzję (choć raczej mnie ich decyzja przeraża i wzbudza wiele wątpliwości). Ale oceniam to co się dzieje wokół obecnie, a dzieje się źle i dopóki widywać będę na ulicach młodzieńców w koszulkach "Żoliborz - pierwsza krew", dopóki będziemy oglądać "rekonstrukcje", łącznie z rekonstrukcją wydarzeń na Woli, dopóki będą się palić kolorowe race - dopóty będę uważała, że upamiętnienie idzie w złą stronę.

Chciałabym abyśmy pamiętali 1 sierpnia zarówno o Powstańcach, jak i o ofiarach cywilnych. Chciałabym byśmy wyciągali wnioski, żeby hasło "nigdy więcej wojny" zawsze było dla nas drogowskazem. I chciałabym, żeby kolejne rocznice Powstania (czasami zastanawiam się ile będziemy ich obchodzić, czy w roku 2115 też jeszcze?) były czasem zadumy i refleksji. 

Ci, co wiedzieli
o co tutaj szło,
muszą ustąpić miejsca tym,
co wiedzą mało.
I mniej niż mało.
I wreszcie tyle co nic.

W trawie, która porosła
przyczyny i skutki,
musi ktoś sobie leżeć
z kłosem w zębach
i gapić się na chmury.

(Koniec i początek, W. Szymborska)

Pałac Kultury i Nauki

varshava

Jest dziś na ustach wszystkich i na pewno widzieliście go w tym tygodniu na wielu zdjęciach, ale i u mnie pojawi się piękny i biały, bo Pałac Kultury i Nauki właśnie dziś kończy oficjalnie 60 lat. Symbol Warszawy chyba już ważniejszy niż Zamek Królewski (Zamek, który odbudowano dopiero w latach 1971-1984, więc nasz Szanowny Jubilat patrzył już na tę odbudowę z góry).

Paac60

Źródło, jak widać, NAC, Sygnatura: 51-799-1

 

Historia jest pisana przez zwycięzców

varshava

"Historia jest pisana przez zwycięzców", jak powiedział kiedyś słusznie Winston Churchill. Nie on jeden zauważył, że zagarnianie języka i mówienie o przeszłości tylko wedle swoich norm wpływa na teraźniejszość. I Paul Ricoeur zwracał uwagę na kształtowanie się tożsamości i to, jak opowiadanie o historii zmienia pamięć indywidualną i zbiorową. Nie mówiąc już o Antonio Gramscim, który wskazywał, że trwałe przejęcie władzy jest możliwe niekoniecznie w wyniku przewrotu politycznego albo militarnego, lecz właśnie poprzez zdobycie hegemonii w kulturze. Dlaczego o tym wspominam? Dlatego, że nowe pomysły radnych (czy już nie pisałam o idiotyzmie zmian nazw ulic nie raz, a dwa nawet razy?) mają na celu kolejne zagarnianie i przedstawianie historii według swoich narracji.

I oto mamy kolejny przykład - część radnych planuje zmienić nazwy kolejnych ulic. M.in. Dąbrowszczaków na Pradze (a także Duracza na Bielanach i innych 10 ulic). Cała ta tzw. "dekomunizacja" jest pewnie próbą przejęcia języka i wymuszenia swojej wersji opowiadania o historii. Dla zainteresowanych dodam, że Dąbrowszczacy to jeden z batalionów ochotników okresu hiszpańskiej wojny domowej 1936-1939. Niektórzy uważają tę straszną wojnę za preludium do II wojny światowej, pierwszą walkę demokracji z faszyzmem. Wśród innych zagranicznych ochotników w szeregu stanęli także m.in. Brazylijczycy, Francuzi, Meksykanie i obywatele Związku Radzieckiego.  

 Dabrowszczacy_Powazki_pomnik

Pomnik na Powązkach Wojskowych w Warszawie, źródło: wiki.

Trudno mi godzić się z tym przejmowaniem języka. Spróbuję więc trochę weselej zakończyć anegdotą z roku  1948.

"Nazwy ulic wracają na swoje miejsca. Dzięki temu nie będziemy już słyszeli takich rozmów:

- To przyślijcie mi te papiery przez gońca.

- A jaki jest Wasz adres?

- A ile lat ma goniec?

- Co to ma do adresu?

- No bo jeśli Wasz goniec jest bardzo młody to nasz adres jest Młodzieży Jugosłowiańskiej.  Jeśli jest w średnim wieku to  Pierackiego.  Dla starszych zaś nazwa naszej ulicy brzmi - Foksal."

 Cytat pochodzi z książki "Felieton o mojej Warszawie" Jan Szeląg (Zbigniew Mitzner) wydanej  w 2014 r. przez Muzeum Warszawy.

Przy okazji polecam zajrzeć tutaj "Łapy precz od ulicy Dąbrowszczaków"

Piekarska, czyli o ulicy, która zmartwychwstawała dwa razy

varshava

Dziś rzut oka z góry na ulicę Piekarską. Ulica ta oczywiście swoją nazwę zawdzięcza mieszkającym przy niej niegdyś piekarzom. Jeszcze do końca XVI w. na tyłach parzystych numerów domów znajdowały się młyny (a jak musiało pachnieć!). W XVII wieku doszło do pożaru, a że wszystkie domy przy tej ulicy były wówczas drewniane, to nic się nie ostało. Ulicę odbudowano stawiając już wyłącznie murowane kamienice. Po raz drugi zniszczono ją w 1944 r. Powojenna odbudowa zmieniła trochę układ ulicy, np. w miejsce dwóch domów (nr 11 i 13) postawiono jeden (dziś nr 5). Uproszczono wystrój zewnętrzny niektórych kamienic. Mimo to, jeśli turysta nie będzie znał historii tej ulicy, sądzę, że nie domyśli się, jakie zaszły tu zmiany.

Na zdjęciu poniżej, zegar, który widać na pierwszym planie, na którym każda godzina jest znakiem zodiaku, to zegar z kurantem -  co godzinę wygrywa pierwsze takty melodii do wiersza Marii Konopnickiej "A jak poszedł król na wojnę". W pierwszej chwili wybór melodii może dziwić, ale jest on uzasadniony, gdyż poetka mieszkała przez trzy lata (1879-1882) w nieistniejącym już domu u zbiegu Piekarskiej i Podwala. Dziś stoi tam głaz upamiętniający ten fakt. 

Po drugiej stronie ulicy stoi oczywiście pomnik Kilińszczaka, o którym już na blogu pisałam powołując się na Wiecha, o tu: Kiliński.

IMAG0447

Tęcza i inne dzieła sztuki.

varshava

Julien de Casabianca to artysta, który zyskuje coraz większą popularność. Jest to Francuz, który dzieła sztuki z muzeów przenosi na obdrapane kamienice w miastach na całym świecie. W naszym mieście znany jest ze swoich praskich dokonań. Teraz podobne dzieła pojawiają się na Żoliborzu. A na pewno pojawiło się już jedno, przy ulicy Suzina 6. Tak jak te praskie i to zostało zrealizowane w ramach "Outings-project".

DSC04506

Pojawiło się ono zresztą w niezwykłym miejscu, bo na Kinie Tęcza. Po okresie opuszczenia i ciszy to miejsce znów staje się jednym z kulturalnych centr dzielnicy. Zainstalował się tam bowiem białostocki Teatr TrzyRzecze. Samo kino powstało jeszcze w latach 30. XX wieku i stanowiło rozrywkę dla mieszkańców Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej.

Warto dodać, że to nie jedyne dzieło, które sprawia, że zewnętrzne ściany Kina Tęcza są interesujące. W czerwcu ubiegłego roku  Piotr Janowczyk stworzył tu mural przedstawiający mężczyznę zanurzonego w wodzie (taka alegoria, mężczyzna z przerażeniem w oczach tonie tak, jak to kino). Chociaż nie ukrywam, że postać z muralu bardziej przypomina mi Artura Schopenhauera.

tecza_mural

arthur_schopenhauer_33To oczywiście wersja dopasowana. Arutra w całości można zobaczyć tutaj.

Znów o emancypacji, czyli opowieść o rozwoju miasta z wątkami rodzinnymi (ulica Zielna 37)

varshava

Zdarza mi się wspominać o moich przodkach na tym blogu, najczęściej pisałam o dziadku (np. tutaj, albo tutaj). Ale dziadek miał niezwykłą Mamę. Dziś więc kilka słów o mojej prababci, której historia przeplata się z historią postępu naszego miasta. A tym postępem jest tworzenie i rozbudowa sieci telefonicznej.

Na zdjęciu powyżej, które pochodzi z tego albumu, moja prababcia siedzi pierwsza z prawej. Niestety nie wiem kim są pozostałe panie, należą jednak na pewno do 171 zatrudnionych w 1904 r. przez firmę Ericsson.

Firma ta na dobre zadomowiła się w Polsce na początku XX wieku. Wówczas to przy ulicy Zielnej 37 powstała pierwsza w Warszawie centrala telefoniczna. Budynek powstał na podstawie planu szwedzkiego architekta profesora Politechniki Sztokholmskiej J. G. Glasona, wystrój wnętrz projektował zaś polski architekt Bronisław Brochwicz-Rogóyski. Na ostatnim piętrze sześciopiętrowego gmachu znalazła się centrala telefoniczna. Już 3 lata później miejsca było zbyt mało i obok zbudowano nowy gmach. Było to spowodowane tym, że liczba nowych aparatów telefonicznych (początkowo 5200) rosła w Warszawie w olbrzymim tempie. W ten oto sposób w 1904 i 1907 r. powstawały kamienica i gmach PAST-y, czyli Polskiej Akcyjnej Spółki Telefonicznej (ściśle rzecz biorąc budynki zostały przejęte przez PAST-ę w 1922 r.). Budynek przy Zielnej 37 znacznie ucierpiał w czasie Powstania Warszawskiego i został odbudowany, ale bez ostatniej kondygnacji, którą odtworzono dopiero w 2005 r.

DSC04464

W Warszawie istniały wcześniej sieci telefoniczne na podstawie koncesji Bella, jednak problemem miasta były szpecące je kable. Dlatego pozytywną zmianą - po wygaśnięciu pierwszej koncesji i wygraniu przetargu przez firmy Cedergrena i Ericssona - było kładzenie kabli pod ziemią, co było wówczas nowością na skalę europejską.

kable_podziemne_saski

Układanie kabli podziemnych w Ogrodzie Saskim, 1902 r. (źródło

Kiedy zbudowano pierwszą w Warszawie centralę telefoniczną wyposażoną w sprzęt firmy Ericsson przy ulicy Zielnej 37, natychmiast zgłosiła się tam do pracy i moja prababcia. A pamiętajmy, że wówczas praca zarobkowa kobiet nie była codziennością. Ericsson zatrudnił wówczas 171 kobiet. Otrzymanie tej pracy nie było łatwe. Firma stawiała kandydatkom wysokie wymagania. Przyszłe telefonistki przechodziły rozmowy kwalifikacyjne, musiały charakteryzować się miłym głosem, a ponadto mówić w jakimś obcym języku. Mimo wszystko ponad 110 lat temu to była wielka szansa dla kobiet, marginalizowanych społecznie, zależnych od swoich rodzin. Jak pisała poetka "Czasem poezja spływa kaskadami pokoleń,/co stwarza groźne wiry w uczuciach wzajemnych." U mnie tak jest chyba z emancypacją, którą moja prababcia rozpoczęła jeszcze długo przed I wojną światową.

Poniżej zdjęcie z 1927 r. 

telefonistki_przy_pracy_warszawa_rok_1927

Wszędzie jest wyspa Tu.

varshava

 W ogrodzie Krasińskich też jest wyspa Tu.

Rybacy wyłowili z głębiny butelkę. Był w niej papier, a na nim takie były słowa: "Ludzie, ratujcie! Jestem tu. Ocean mnie wyrzucił na bezludną wyspę. Stoję na brzegu i czekam pomocy. Spieszcie się! Jestem tu!"
Brakuje daty. Pewnie już za późno. Butelka mogła długo pływać w morzu
- powiedział rybak pierwszy.
I miejsce nie zostało oznaczone. Nawet ocean nie wiadomo który
- powiedział rybak drugi.
Ani za późno, ani za daleko. Wszędzie jest wyspa Tu
- powiedział rybak trzeci.
Zrobiło się nieswojo, zapadło milczenie. Prawdy ogólne mają to do siebie.
Wisława Szymborska "Przypowieść"

Sztafeta czyli pędzący Zachód vs kontemplujący Wschód

varshava

Atleci pędzący z Pragi ku lewej stronie Wisły znani są na pewno każdej osobie, która była choć raz przy Rondzie Waszyngtona. Rzeźba autorstwa Adama Romana stoi tam bowiem już od 60 lat (tyle dokładnie atleci skończą 22 lipca).

sztafeta

Autor tworząc wzorował się na rysunkach z greckich waz oraz na reliefie „Marsylianka” François Rude'a znajdującym się na Łuku Triumfalnym w Paryżu. Mijają lata, zmieniają się stadiony i ich funkcje, a betonowa rzeźba wciąż trwa. Jest wykonana z betonu na stalowym szkielecie, ponieważ robiona była w pośpiechu, by zdążyć na otwarcie Stadionu Dziesięciolecia. Nie górował on tak nad miastem jak obecna wersja.

rq19xs8swucean82

Źródło

Rzeźbę zdążono wykonać, odsłonięto ją o czasie, lecz plany, aby później zamienić ją na spiżową wersję odrzucono. Z tego powodu szybko niszczała. Przy okazji budowy Stadionu Narodowego "Sztafetę" odrestaurowano, pojawiają się także pomysły, aby ją zastąpić wersją odlaną z brązu. Na razie jednak stoi, tak jak stała.

Pędzący atleci z całą pewnością pasują do ruchliwego europejskiego miasta. Pęd ze wschodu na zachód kiedyś uzasadniany był politycznie. Dziś jednak przybysze ze wschodu, zwłaszcza dalekiego, też już nie kojarzą się tak jak dawniej, czyli jako ci, którzy przyszli z krainy spokoju i uważności. Więcej na ten temat można dowiedzieć się czytając wpisy na tej stronie: Serica. I stamtąd pochodzi cytat, który zakończy dzisiejszy wpis chwilą refleksji.

Ten, kto pragnie zachować zdrowie, powinien zachować umiar w osądach, wyeliminować wszelki niepokój, pohamować pragnienia, powściągać emocje, troszczyć się o siłę witalną, oszczędnie używać słów, podchodzić lekko do sukcesów i porażek, ignorować smutek i trudności, rezygnować z bezsensownych ambicji, unikać wzburzenia i nienawiści, uspokoić uszy i oczy i słuchać swego wewnętrznego głosu.
Lin Yutang „Sztuka życia”

Zofia Stryjeńska, czyli rzecz o emancypacji

varshava

Dokładnie 124 lata temu, 13 maja 1891 r. urodziła się Zofia Stryjeńska. Artystka, której dzieła mijamy często w Warszawie, dlatego dziś kilka o niej słów.

Tak się zdarzało w przeszłości, że jeśli kobieta była zdolna i chciała się rozwijać musiała mieć wiele samozaparcia. Tak było z Marią Skłodowską - Curie, która nie mogła studiować w Polsce, więc wyemigrowała do Francji. Podobnie było z Zofią Stryjeńską, która podjęła studia malarskie w Akademii Sztuk Pięknych w Monachium w 1911 r. przebrana za mężczyznę. Egzaminy zdawała jako Tadeusz Grzymała Lubański. Została jednak rozpoznana i musiała przerwać studia. Nie przerwała jednak działalności artystycznej. Lata 20. i 30. były pewnie najlepszym czasem dla jej twórczości. O całym niezwykle bogatym życiorysie Artystki nie da się tu napisać (ale warto dowiedzieć się więcej, np. tutaj - Trzecia młodość Stryjeńskiej, no i oczywiście w pamiętnikach samej Stryjeńskiej - "Chleb prawie że powszedni")

Dziś o warszawskich z nią spotkaniach. Zaczniemy więc oczywiście od Starówki i Kamienicy pod Lwem, na której podziwiać możemy polichromie jej autorstwa. Jest to narożny budynek przy Rynku Starego Miasta i ulicy Świętojańskiej. Polichromie powstały w latach 1928-1929, ale nie były przyjęte entuzjastycznie. Starówka była wówczas w dużej mierze dzielnicą nędzy. Powstał więc pomysł na jej rewitalizację, który wcale nie wszystkim się spodobał. Na szczęście jednak pomysł udało się zrealizować i choć kamienicę w 1944 r. częściowo zniszczono, to została odbudowana w latach 1952-1953, przy wykorzystaniu ocalałych fragmentów i odtworzeniu części polichromii.

 019

0201

Jednak nie wszystkie zostały odtworzone. Poniżej zdjęcie kamienicy dziś i sprzed wojny.

023

243568

Źródło

Gdzie jeszcze można spotkać Zofię Stryjeńską? Chociażby na Mokotowie, w domu Wedla. Na blogu wzmianka na ten temat już się kiedyś pojawiła, zapraszam tutaj.

Warszawska wiosna

varshava

"Chyba nie ma na świecie takiego miasta, tak właśnie jak niepowtarzalne nigdzie indziej są warszawskie wiosenne zapachy, nastroje, uczucia i myśli. I dlatego nie mówcie nam o wiosnach paryskich czy wiedeńskich! Nam, którzy wiedzą, czym jest, czym potrafi być warszawska wiosna." Leopold Tyrmand, "Zły"

0461

065

 088

I bielańska "rzeka tulipanów"

095

 099

Wpis z dedykacją dla dzisiejszej jubilatki. Wielkie to szczęście urodzić się w majowej Warszawie;)

Marsze i pochody pierwszo- i trzeciomajowe

varshava

Dziś słów kilka o majówce i długim weekendzie rozpoczynającym najpiękniejszy miesiąc w roku.

Tradycja świętowania 1 maja wbrew obiegowej opinii nie ma wiele wspólnego z ZSRR, ma smutne korzenie i sięga roku 1886, kiedy to w Chicago doszło do krwawych starć pomiędzy policją, a robotnikami walczącymi m.in o prawo do 8-godzinnego dnia pracy (12h było wówczas standardem), godnej pensji i bezpiecznych warunków pracy. Wydarzenia te, zwane są "Haymarket Massacre" lub "Haymarket Riot" i można poczytać o nich np. tutaj.

Nie dziwi więc, że i w Warszawie już od 1890 r. zaczęto świętować 1 maja jako Święto Pracy. Szeroko znane są wydarzenia, które miały miejsce w rewolucyjnym 1905 r., gdy pod kulami zginęło w Warszawie 31 robotników. Tradycję pochodów kontynuowano, pod przewodnictwem PPS w dwudziestoleciu międzywojennym, również nie zawsze w pokojowej atmosferze. Dwa dni po nich natomiast odbywały się parady z okazji 3 maja. Poniżej na zdjęciu 1 maja w 1926 r. na Krakowskim Przedmieściu, czyli 12 dni przed Przewrotem Majowym...

Źródło: NAC, Sygnatura: 1-P-2723

...i w roku 1931, pod nieistniejącym dziś pałacem Saskim, wokół odbudowy którego do dziś toczą się spory.

Źródło: NAC, Sygnatura: 1-P-2726

Pod tym samym pałacem, lecz w 1927 r. tak wyglądały obchody święta Konstytucji 3 maja. Oddziały przysposobienia obronnego uzbrojone w karabiny Mosin wz. 1891 maszerują przed pomnikiem księcia Józefa Poniatowskiego. 

Źródło: NAC, Sygnatura: 1-P-2865-2

Zresztą 3 maja to nie tylko pochody. Poniżej pokaz wyczynów zapaśnika, Władysława Pytlasińskiego, na scenie ustawionej na placu Zamkowym, (w tle widać kościół św. Anny). Pokaz miał miejsce w roku 1925. Od szczęk do pięty wszedł napięty./Oliwne na nim firmamenty.

Źródło: NAC, Sygnatura: 1-S-3416

I wreszcie powojenna tradycja 1 maja, znana szeroko. W pochodzie reprezentacja dzielnicy Żoliborz.

Żródło: NAC, Sygnatura: 40-1-232-24

Z okazji Święta Pracy i Konstytucji 3 maja życzę nam by wszystkie pracownicze i konstytucyjne prawa zawsze były w Polsce przestrzegane!

Kamienica Józefa Wildera (ul. Bagatela 10)

varshava

Bagatela to na pewno niebagatelna ulica. Wbrew legendzie jej nazwa nie wywodzi się z czasów, gdy wybudowano tu pałacyk Marcello Bacciarellego, który Stanisław August, w reakcji na podziękowania, nazwać miał "bagatelą", lecz od znajdującej się tutaj od 1818 r. restauracji o tej nazwie. Nie o samej dziś jednak ulicy, lecz o jednej z pięknych kamienic, która przy niej stoi.

IMAG0332

Znajdująca się pod numerem 10 kamienica Józefa Wildera znana jest niektórym stąd, że tu urodził się Krzysztof Kamil Baczyński. To oczywiście fakt nie bez znaczenia, ale dziś skupimy się na innych walorach tego miejsca.

Została wybudowana w latach 1911-1912, a jej projektantami byli Józef Napoleon Czerwiński i Wacław Heppen. Sam Józef Wilder był kupcem i wybudował ją po to, by prowadzić tu sklep kolonialny. Budynek był także siedzibą pensji dla dziewcząt Elżbiety Radzickiej. I co prawda w momencie wznoszenia czasy secesji już definitywnie mijały, ale w tej kamienicy dostrzec można jeszcze ślady tego stylu. W pierwszej kolejności warto zadrzeć głowę do góry by dostrzec wykusze o florystycznej ornamentyce.

IMAG0328

Ten sześciopiętrowy budynek jest niesymetryczny, a masywna brama wejściowa znajduję się nie po środku, lecz z prawej strony. Po jej przekroczeniu warto spojrzeć w górę, żeby dalej podziwiać zdobienia, a potem skręcić w lewo, by wejść w najbardziej reprezentatywną z klatek schodowych. Jej stopnie wyłożone są marmurem, w niektórych oknach znajdują się kryształowe szyby, a poręcz schodów jest niezwykle finezyjna. Wszystko to sprawia wspaniałe wrażenie i przywodzi myśl, że w miejscu tym mieszkać musiały osoby zamożne.

IMAG0317

IMAG0312
A z jednego z dwóch podwórz-studni, które się tu znajdują niebo wygląda tak.

IMAG0320

© Warszawa
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci