Menu

Warszawa

Miasto na wskroś mnie przeszywa

Tuwimiasto

varshava

Dziś mija 122 rocznica urodzin Juliana Tuwima, a to dobra okazja, by przyjrzeć się jego śladom w Warszawie. Śladów tych jest bardzo wiele i od czasu do czasu Czytelnicy bloga na nie trafiają. Dziś więc kolejny: ulica Mazowiecka 7. Przy tej ulicy mieszkał od 1932 r. aż do wybuchu II wojny.

Na zdjęciu Mazowiecka w XXI wieku.

ul_Mazowiecka_72

I przedwojenna Mazowiecka. Znad kamienic wystaje jeszcze kopuła soboru Aleksandra Newskiego na placu Saskim, rozebranego w latach 1924-1926 (źródło)  

mazowiecka101

Było to miejsce dla poety idealne, a żeby to zrozumieć trzeba pojąć fenomen przedwojennej ulicy Mazowieckiej. Ulica wytyczona w XIX wieku szybko znalazła się w centrum zainteresowania. Już w 1894 r. stała się pierwszą w Warszawie ulicą asfaltową, a wokół stanęły piękne kamienice. Przy Mazowieckiej znajdowały się konsulaty: belgijski, włoski i perski. Było to z jednej strony miejsce zaciszne, a z drugiej - ważny punkt na rozrywkowej mapie miasta. To tutaj znajdowała się "Mała Ziemiańska". Nie można nie wspomnieć też o słynnej księgarni Mortkowicza, pod numerem 12. Księgarnia ta była pierwszym miejscem, które Tuwim odwiedził nazajutrz po zapisaniu się na Uniwersytet Warszawski w roku 1916. Spotkać tam można było Leopolda Staffa, Stefana Żeromskiego czy Marię Dąbrowską. Jakub Mortkowicz był tez wydawcą i to u niego, w serii „Pod znakiem poetów” wydano m.in. pierwsze tomiki wierszy Tuwima. Jakub Mortkowicz zmarł w roku 1931, a więc zanim Tuwim zamieszkał przy Mazowieckiej na stałe.

Przed wojną przy Mazowieckiej 7 stała kamienica Lilpopów. Dziś znajduje się tu inny budynek. (zdj. Mazowiecka 7 dziś)

ul_Mazowiecka_7_1

Ostatnie przedwojenne mieszkanie Tuwimów znajdowało się w oficynie, otoczone murami kamienic z podwórkiem-studnią. To mieszkanie, z którym poeta był związany najbardziej i gdyby nie wybuchła wojna prawdopodobnie mieszkałby tu jeszcze wiele lat. Przy Mazowieckiej 7 znajdowała się słynna biblioteka Tuwima, stale poszerzana – zawierająca białe kruki, ciekawostki bibliofilskie, wycinki prasowe, kurioza i in.

Jak pisał poeta we wstępie do "Cicer cum caule" o swoim zbiorze:

Posiadam nieprzebrane mnóstwo nikomu niepotrzebnych wiadomości. Mój księgozbiór, przez trzydzieści pięć lat gromadzony, dziś nie istniejący, składał się - nie w całości oczywiście, ale w dobrej połowie - z dzieł osobliwych, rzadkich, dziwnych, groteskowych. Sprowadzałem ze wszystkich krajów europejskich katalogi antykwaryczne poświęcone kuriozom, dziwactwom, dziejom obyczajów, historii kultury, folklorowi, niezwykłym tematom, bzikom, ekstrawagancjom itd. i wyłapywałem co ciekawsze okazy. Wszystko to, co w tytule miało "curiosa", "curiosités," "curiosities," "curiosidades," "Kuriositäten"(…) Wypchane półki trzeszczały już, foliały, broszury, świstki, ulotki, tomy, wolumina, teki, roczniki, pudła z wycinkami itp. skarby rozsadzały już ściany mieszkania, o rozpacz i trwogę przyprawiały panią domu, a ja furt skupywałem swoje dziwolągi. Były tam m.in. działy i dziedziny następujące: demonologia, alkoholica, teratologia (nauka o monstrach i potworach), antisemitica polskie, rozprawy o wonnościach i aromatach, książki o truciznach, narkotykach, tytoniu, kawie; dzieje medycyny i nauk przyrodniczych, stare zielniki i bestiaria, stare książki kucharskie; podręczniki "czarnej magii" (prestidigitatorzy), programy i afisze wędrownych menażerii, cyrków, szarlatanów, chiromantów; gramatyki i słowniki języków "egzotycznych," słowniki fachowe, gwarowe, języków tajnych, międzynarodowych; stare kalendarze, almanachy, sztambuchy, albumy pensjonarek, dzieła wariatów, grafomanów, "reformatorów" spod ciemnej gwiazdy, zbiory anegdot, karykatur, stara humorystyka, prowincjonalne powieści, powieści zeszytowe, brukowe, śpiewniki, libretta starych oper i wodewilów, literatura kuchenna, straganowa, odpustowa, poeci zapomniani, poematy heroikomiczne; stare podróże i mapy; compendia fachowe dla fryzjerów, kaligrafów, zegarmistrzów, nauczycieli tańców; literatura dotycząca tajnych związków, zakonów, klasztorów; dzieła o torturach; historie dziwaków, fantastów, ekscentryków etc. etc. - a śród tych etceterów niech mi wolno będzie wymienić największy w Polsce zbiór rozpraw i dysertacji o szczurach, książki w języku cygańskim, almanach ilustrowany (!) z czasów Rewolucji Francuskiej - wielkości znaczka pocztowego, manuskrypt malajski, pisany na szerokich liściach jakiejś zamorskiej rośliny, polski modlitewnik (rękopis), który czytać można było tylko przez szkło powiększające, broszurę dziwaka lwowskiego z połowy XIX w. (Zenowicza), "wydaną" w jednym egzemplarzu, Puszkina w kilkudziesięciu językach, bibliografię książek o pchle, komplet "futurystycznych" czasopism polskich z lat 19l9-l924 i setki innych rozkosznych sztuczek.

Oprócz tego wspaniałego śmietnika istniała na Mazowieckiej i "normalna", wcale zasobna biblioteka literacka, historyczna, lingwistyczna i ludoznawcza (…)

Księgozbiór Tuwima w czasie Powstania Warszawskiego posłużył do… budowy barykady. Niektóre woluminy wcześniej uratowały przypadkowe osoby, część księgozbioru zachowała się w zbiorach aktora, Zbigniewa Sawana.  Jeszcze wiele lat po wojnie do poety trafiały książki już dawno uznane przez niego za zaginione.

(zdj. J. Tomaszewski, Powstańcy na barykadzie przy ul. Mazowieckiej, źródło)

z19540772QPowstancynabarykadzieprzyulMazowieckiejPow

Tuwim opuścił mieszkanie w pośpiechu, na początku września 1939 r. Zdążył spakować do walizy swoje rękopisy. Została zakopana przez Kazimierza Gacia, woźnego z „Wiadomości Literackich” przy ulicy Złotej 8. Walizkę w marcu 1946 r. wykopała Ewa Drozdowska. Jednak jej zawartość pokazana poecie prezentowała raczej „sześcienną bryłę prochów (…) beznadziejne zbitki, zlepki, bochenki przemoczonego, zbutwiałego papieru”. Teksty pisane piórem rozmyły się i niemal wszystkie całkiem zamazały.

O niebezpieczeństwach Pragi

varshava

Przechadzając się ulicami Pragi łatwo można zorientować się, że na każdym niemal kroku szerzy się (ideologiczne) niebezpieczeństwo, z którym należy walczyć. Bo czy to jest normalne, że w środku miasta znajduje się ulica Dąbrowszczaków? Żołnierze ci (głównie Polacy, lecz nie tylko) podczas hiszpańskiej wojny domowej lat 30. walczyli po stronie republikańskiej przeciw oddziałom generała Franco, wspieranym przez nazistowski rząd III Rzeszy i faszystowski rząd Włoch. Jak się dowiadujemy generał Franco nie jest kontrowersyjny. Represje, które stosował były historyczną koniecznością, uratował kraj przed komunizmem. Przecież w parlamencie Hiszpanii na 460 posłów, aż 17 było komunistami! To było ogromne zagrożenie dla cywilizacji zachodu. Najwyższy czas ochronić oczy i uszy polskiej młodzieży! Trzeba dekomunizować! Na szczęście walka już została podjęta. Ulica Dąbrowszczaków jest jedną z pierwszych do zmiany nazwy w Warszawie. Zespół Nazewnictwa Miejskiego oraz IPN czuwają! 

Dbrowszczakw1
A cóż to za ładna ulica krzyżuje się z Dąbrowszczaków? Och nie! to Bertolda Brechta!

Brechtaa

Czy Najwyższe Instancje są świadome, co to był za człowiek?  Czy nie najwyższy czas dekomunizować?

I nie ma spokoju, nie ma! Chce się uciec od Brechta od Dąbrowszczaków i gdzie się trafia? Na ulicę Szymanowskiego. Niby kompozytor ważny, ale jego życie prywatne również jest kontrowersyjne i nie wpisuje się w jedyny słuszny model. Najwyższe Instancje powinny i tym się zająć!

DSC06112

Taka strona też jest fajna: Łapy precz!

120 lat Wiecha, czyli nigdy więcej wojny

varshava

W minionym tygodniu (dokładnie 10 sierpnia) minęło 120 lat od urodzin Wiecha. A że dziś wielkie wojskowe rocznice, to w tym wpisie składam hołd Wiechowi oraz tym osobom, które swoją działalnością (niezbrojną) zawsze dążyły do zachowania pokoju i które uchroniły ludzkość od wielu wojen, o których na szczęście nie musimy się uczyć. W czasach apoteozy działań zbrojnych warto powtarzać hasło "Nigdy więcej wojny". A jest to mądrość od zawsze powtarzana, także przez pana Teosia Piecyka.

"Wspomnijmy także samo o innem historycznem młodziaku z królewskiej rodziny, o Władysławie Warneńczyku, któren zginął w kwiecie wieku pod popularną bułgarską miejscowością wczasową nad Czarnem Morzem. Do dziś mam żal do Jagiełly, że pozwolił chłopakowi się zmarnować. Po jakiego czorta puszczał go pod te Warne grzać się z Turkami, i dzieciak życie przez to postradał. 

I w taki sposób, żeby nie wiem jak nudne nam się to zdawało, o wiele kochamy naszą młodzież i pragniem dla niej szczęśliwej przyszłości, musiem powtarzać w kółko: Pokój, Mir, Frieden, Lape. 

Bo lepiej umrzeć z nudów aniżeli w grzybek być zamienionem przez atomową bombę. Zresztą, rzecz gustu."

DSC03862

72. "ale to nic byleśmy żyli"

varshava

Bardzo dobrze można... bawić się w Muzeum Powstania Warszawskiego. Tak, bo jak inaczej nazwać to, co się tam przeżywa? Co roku z okazji 1 sierpnia przypominamy sobie o tym dramatycznym Powstaniu. Zawsze wspominamy Powstańców (i ja to robiłam pisząc o powstańczych losach mojego dziadka na Mokotowie: tutaj), Muzeum Powstania na pewno odnotowuje w tych dniach więcej gości, poza tym świetnie sprzedają się gadżety, koszulki, a nawet na wielu samochodach zobaczyć można znak Polski Walczącej. Tyle razy już o tym mówiono i pisano, a robi się coraz gorzej.

087

Dziś przypomnę losy nie tylko dziadka, który w końcu trafił do obozu dla jeńców (i nie, nikt nie przestrzegał tam konwencji genewskiej). Dziś o losach innych członków mojej rodziny, tych, którzy przeżyli Powstanie, zmuszonych porzucać cały dobytek, jeśli tylko nie został zniszczony podczas walk, zostawiać za sobą całe swoje dotychczasowe życie i ukochane miasto, a właściwie jego ruiny i ruszać wraz z innymi wypędzonymi. Niektórzy nie przeżyli tej drogi. Inni trafili na przymusowe roboty do Niemiec. Niektórzy po miesiącach, inni po latach wracali, wcześniej rozproszeni, próbowali się nawzajem odnaleźć. Nie zawsze się to udawało. To jest właśnie element bilansu Powstania Warszawskiego, którego 72. rocznicę wybuchu obchodzimy 1 sierpnia tego roku. Wolałabym, by młodzieńcy (i nie tylko) nie mający chyba pojęcia czym naprawdę było to wydarzenie przestali bezcześcić jego pamięć. Lecz obawiam się, że postrzeganie historii obecnie zmierza w kierunku innym, niż mogłabym sobie życzyć. 

Z okazji kolejnej rocznicy, znów przypominam fragment wiersza Antoniego Słonimskiego. 

Mogiła Nieznanego Mieszkańca Warszawy

(...) Lecz któż na grobach będzie siadał
Tych, którzy trwożni i bezdomni
Padali mrowiem niezliczonym,
Któż się o milion ten upomni?
I jaki pieśniarz będzie składał
Słowa gorące i szalone
O tych, co w cieniu waszej glorii,
Bez narkotyku wielkich czynów
Konali w męce dla wawrzynów,
Co wasze skronie ozdobiły,
Rzucając pomiot ciał swych zgniłych
W dymiący, krwawy gnój historii? (...)

Nie taki car straszny (w każdym razie nie Aleksander I) czyli o kościele na placu Trzech Krzyży

varshava

Prawdopodobnie pogoda nie była tak piękna jak w obecne czerwcowe dni, gdy 12 listopada 1815 r. car Aleksander I z dynastii Romanowów wjechał do Warszawy. Było to już po zakończeniu Kongresu Wiedeńskiego, gdy utworzono Królestwo Polskie. Koronę królestwa przywdziać miał właśnie Aleksander, a wiele osób łączyło z jego osobą spore nadzieje, jako z tym, który mógł przyznać Polakom pewne swobody, a może nawet jakąś autonomię. Nie powinno wzbudzać to zdziwienia, 38 letni wówczas władca zdążył już do tego czasu znieść poddaństwo chłopów w guberniach nadbałtyckich, zlikwidować cenzurę książek, zakazać stosowania tortur podczas śledztw czy dokonać wielu potrzebnych reform w szkolnictwie. Dlatego, gdy wjeżdżał od strony rogatek mokotowskich utworzono prowizoryczny, drewniany łuk tryumfalny. Jednak na budowę stałego, murowanego monumentu już sam Aleksander się nie zgodził -  kazał wydać zebrane pieniądze na kościół katolicki.

W ten oto sposób postanowiono wybudować kościół św. Aleksandra.

g1173Zdjęcie miedziorytu z 1831 r., źródło.

Klasycystyczną świątynię zaprojektował Chrystian Aigner, który wzorował się na rzymskim Panteonie (podobnie jak Szymon Zug, autor projektu kościoła Ewangelicko-Augsburskiego, o którym już tu pisano). Przypominał wówczas wersję, która jest znana nam wszystkim. Z czasem kościół jednak okazał się zbyt mały na potrzeby parafian, dlatego postanowiono go rozbudować. Realizacja tych planów nastąpiła dopiero na przełomie XIX i XX wieku. Kościół zyskał przestrzeń, wiele nowych elementów neorenesansowych, wydłużono jego halę i pojawiły się dwie dzwonnice. Prezentował się zatem znacznie bardziej okazale.

9275Źródło: fotopolska.eu

Czekał go jednak los podobny do losu większości warszawskich zabytków. Co prawda nie ucierpiał bardzo w 1939 r., ale został zbombardowany w czasie trwania Powstania Warszawskiego we wrześniu 1944 r. i przetrwała tylko jedna dzwonnica. Ruiny wyglądały tak dramatycznie, że wśród powojennych pomysłów na przyszłość budynku rodziły się nawet takie, by go nie odbudowywać, lecz pozostawić jako pomnik zniszczeń.

PIC_69811 Źródło: Doktorowicz-Hrebnicki S., NAC, 1945, Sygnatura: 69-8-11

Ponieważ Juliana Tuwima nie może zabraknąć u mnie przy żadnej okazji - to warto spojrzeć i na zdjęcie, na którym w oddali widać ocalałą jedną wieżę kościoła  - jest to widok z tarasu mieszkania poety i jego żony Stefanii,  przy ulicy Wiejskiej w 1946 r.

635146741645712162Źródło

Pomysł "pomnika zniszczeń" nie został zrealizowany, kościół odbudowano w latach 1949-1952, powracając do jego pierwotnego, klasycystycznego wyglądu. Najpierw więc naciskamy klamkę:

225

A potem już podziwiać możemy kopułę.

232

A z zewnątrz znamy go przecież wszyscy.

045

Odbuduj Warszawę w jeden dzień (w Dzień Dziecka)

varshava

Ponieważ mamy Dzień Dziecka to dziś skupimy się na grze planszowej. Nie będzie to jednak chińczyk, lecz wyrafinowana i skomplikowana gra, która pozwala odbudować Warszawę po wojennych zniszczeniach w taki sposób, w jaki tylko pragniecie. Nie jest to jednak zadanie proste. Trzeba nasze miasto odgruzować, rozsądnie zaplanować odbudowę, wysłać swoich inżynierów w delegacje lub na plac budowy, realizować normy, zdobywać fundusze i materiały budowlane itp.

DSC05837Zapewne zachęcającym jest fakt, że możecie odbudować miasto jak chcecie, np. nie stawiać Pałacu Kultury (u mnie jest zawsze postawiony!), możecie wybudować coś, czego nie udało się zrealizować w rzeczywistości, możecie całkiem zmienić układ, albo zbudować dwie linie metra z tunelem pod Wisłą, obok czterech pięknych mostów. Wszystko według uznania i oczywiście możliwości, jakie przyniesie dana rozgrywka.

DSC05811W grze mamy dwa główne etapy: odbudowę i modernizację (mamy więc architekturę socrealizmu i modernizmu), jest też oczywiście zabudowa historyczna. A do tego wszystko to jest po prostu pięknie zrobione.

DSC05791 

DSC05827

DSC05787

 

DSC05795

Nie znam się na grach i nie bardzo też na współczesnych dzieciach, ale wiem, że z tej planszówki można się sporo nauczyć. A jeśli dzieci dziś są nadzwyczaj nowoczesne i nie rozstają się z telefonami i tabletami to nauczą się jeszcze więcej, bo ta gra wykorzystuje coś o nazwie "technologia Rozszerzonej Rzeczywistości", która pozwala na oglądanie wybranych budynków w trójwymiarowej postaci na swoim telefonie (wystarczy przy pomocy aplikacji nakierować swój telefon na odpowiednią kartę projektu). 

"Odbudowa Warszawy" stosuję polecam! ;)

Ulica Marii Kazimiery czyli leśna majówka z Davidem Bowie

varshava

Nazwa Marymont wywodzi się z francuskiego "Marie Mont" czyli "Wzgórze Marii". Chodzi oczywiście o Marysieńkę Sobieską, czyli, w wersji bardziej oficjalnej: Marię Kazimierę Sobieską (a już tak najbardziej poprawnie: Marie Casimire Louise de La Grange d'Arquien). Kojarzy nam się ta postać zapewne bardziej z Wilanowem, gdzie, co jest dość rzadkie, posiada drugą swoją ulicę - "Królowej Marysieńki". Jednak o jej związkach z Marymontem już na tym blogu pisano, np. tutaj, nie dziwi więc, że i w tej części miasta stała się patronką. Dziś jej marymoncka ulica jest niewielka lecz dwuczęściowa, natomiast w XVIII i XIX wieku stanowiła główną arterię Marymontu, będąc traktem łączącym miasto z Młocinami. Marymont do granic Warszawy włączony został w 1916 r., a więc obecnie mija dokładnie 100 lat od tego wydarzenia. Praktycznie cała zabudowa ulicy (głównie drewniana) została zniszczona podczas powstania Warszawskiego. Przetrwały tylko trzy budynki, a po wojnie ulice skrócono do ulicy Rudzkiej (a potem już tylko do Trasy AK). 

Ulica ostatnio znów zrobiła się popularna, głównie dlatego, że pod numerem 1 znajduje się mural przedstawiający zmarłego niedawno Davida Bowiego. Artysta był w stolicy w 1976 r. i poświęcił jej odrębny utwór ("Warszawa"). W dniu wizyty w Warszawie udał się też na spacer po Żoliborzu, czyli autorzy pomysłu - Stowarzyszenie Inicjatyw Społeczno-Kulturalnych Stacja Muranów - miejsce wybrali idealnie.

DSC05689

Jeśli jednak chcecie zobaczyć ten mural pamiętajcie by wybrać żoliborską część Marii Kazimiery. W przeciwnym razie wylądujecie w... lesie. No, niemalże. Ponieważ druga część ulicy, będąca śladem jej dawnej świetności, jest położona naprawdę niezwykle urokliwie.

 Marii_Kazimiery

Wystarczy przejść jakieś 15 kroków od tej tablicy by napawać się takimi widokami... (tak, tak, to wciąż jest Warszawa).

bielanskilas

Dnia 16 maja 2016 roku

varshava

Jeśli zapamiętamy chłodną zmienność pogody w Warszawie, albo choć skrawek jakiejś z dziś rozmowy lub kolor czyichś oczu, to jest dla nas jakaś nadzieja, bo takiego wiersza, jak Wisława Szymborska, nie napiszemy.

062

Dnia 16 maja 1973 roku 
 
Jedna z tych wielu dat,
które nie mówią mi już nic.
 
Dokąd w tym dniu chodziłam.
co robiłam - nie wiem.  
 
Gdyby w pobliżu popełniono zbrodnię  
- nie miałabym alibi.  
 
Słońce błysło i zgasło  
poza moją uwagą.  
Ziemia się obróciła  
bez wzmianki w notesie.  
 
Lżej by mi było myśleć,  
że umarłam na krótko,  
niż że nic nie pamiętam,  
choć żyłam bez przerwy.  
 
Nie byłam przecież duchem,  
oddychałam, jadłam,  
stawiałam kroki,  
które było słychać,  
a ślady moich palców  
musiały zostać na klamkach.  
 
Odbijałam się w lustrze.  
Miałam na sobie coś w jakimś kolorze.  
Na pewno kilku ludzi mnie widziało.  
Może w tym dniu  
znalazłam rzecz zgubioną wcześniej.  
Może zgubiłam znalezioną później.  
 
Wypełniały mnie uczucia i wrażenia.  
Teraz to wszystko  
jak kropki w nawiasie.  
 
Gdzie się zaszyłam,  
Gdzie się pochowałam -  
to nawet niezła sztuczka  
tak samej sobie zejść z oczu.  
 
Potrząsam pamięcią -  
może coś w jej gałęziach  
uśpione od lat  
poderwie się z furkotem.  
 
Nie.  
Najwyraźniej za dużo wymagam,  
bo aż jednej sekundy. 

Światowy Dzień Książki

varshava

Tzw. szyldy semaforowe są jednym z najbardziej charakterystycznych elementów zdobniczych Starego Miasta w Warszawie.  Mało kto wie, że zostały zaprojektowane w ramach spójnego programu aranżacji plastycznej Starówki. Powstawały zresztą w trakcie jej odbudowy, w dwóch etapach: w latach 50 i 60. oraz na początku lat 70. ubiegłego wieku.  Były to czasy gdy jeszcze nie panował bezład estetyczny, tak charakterystyczny dla lat dziewięćdziesiątych i późniejszych. Dziś, z okazji Światowego Dnia Książki,  szyld z Biblioteki Publicznej m. st. Warszawy przy Świętojańskiej 5. Autorem projektu jest Maciej  Szańkowski, a powstał w 1974 r. 
613

Przy  tej okazji zdjęcie także z "biblioteki domowej". Autor, który ostatnio coraz bardziej popularny. Nie dziwne: to co napisał wciąż jest aktualne.

0601

Cmentarz Żydowski w Warszawie

varshava

Na cmentarzu Żydowskim w Warszawie nie znajdziecie wielu rzeźb przedstawiających żywe postaci ludzkie czy zwierzęta, ponieważ Żydom Aszkenazyjskim nie wolno było ich przedstawiać. Rzadkie wyjątki zakrywają lub chowają w dłoniach twarze, a płaskorzeźby ze zwierzętami na macewach oznaczają np. imię zmarłego lub jego zawód. Mimo to bogactwo zdobnicze na tym jednym z największych cmentarzy Żydowskich na świecie jest zachwycające. W tygodniu, w którym obchodzimy rocznicę Powstania w Getcie Warszawskim warto przypomnieć sobie jak wielkie znaczenie miała społeczność żydowska dla naszego miasta. A cmentarz jest jednym z niewielu śladów po tamtych, wcale nie tak odległych, czasach. macewy1

Został założony w 1806 r.  Musimy dodać do tej liczby 3761 by wiedzieć, który to był rok w solarno-lunarnym kalendarzu hebrajskim (w chwili gdy piszę te słowa mamy rok 5777). Pierwszą osobą pochowaną na tym cmentarzu był Nachum syn Nachuma z Siemiatycz, ktory zmarł  25 miesiąca kislew 5567 r. Kamienne nagrobki (macewy) stawiało się rok po śmierci zmarłego. Niestety ten pierwszy, wykonany prawdopodobnie w 1807 r. (wedle kalendarza gregoriańskiego) nie zachował się do dnia dzisiejszego. Od 1855 r. zarządzeniem państwowym i gminy żydowskiej - na cmentarzu Żydowskim napisy są w języku hebrajskim i albo języku polskim, albo rosyjskim, albo niemieckim. Teren cmentarza jest podzielony na kwatery: ortodoksyjną, postępową, dziecięcą, porządkową, wojskową i gettową, a w ortodoksyjnej także na kobiecą i męską.

Lew

 nagrobki_1

Przed 1939 r. w Warszawie były dwa czynne cmentarze Żydowskie. Przy Okopowej chowano większość elity intelektualnej oraz bogate mieszczaństwo. Na praskim - osoby biedniejsze. Na cmentarzu, o którym piszę dziś pochowany jest m.in. Ber Sonnenberg, który był synem Szmula Zbytkowera (od którego do dziś okolice warszawskich ulic Kawęczyńskiej i Białostockiej nazywane są Szmulowizną). Chciał aby pamiętano jak był bogaty, dlatego jego grób został zaprojektowany z rozmachem. Ozdabiają go dwie płaskorzeźby. Ta od strony południowej przedstawia psalm 137. Dość wyraźnie widać nawet wieżę Babel.

Nad rzekami Babilonu —
tam siedzieliśmy i płakali,
kiedy wspominaliśmy Syjon.
Nad_rzekami_Babilonu1

Zawiesiliśmy lutnie nasze
na wierzbach owej ziemi.

DSC05131

Druga strona przedstawia Warszawę, z przerwanym mostem na Pragę.

Sonnenberg_WarszawaW okresie II wojny światowej cmentarz stał się miejscem pochówku tysięcy osób zmarłych lub zabitych m.in. w getcie warszawskim. Ciała były przewożone na cmentarz i grzebane w ogromnej, zbiorowej mogile. W czasie powstania w Getcie Warszawskim, bez żadnego szacunku, chowano tam dziesiątki tysięcy bezimiennych, wychudzonych zwłok.

Jak powiedział Józef Hen "Ten cmentarz to pomnik tego co się stało. Nie przez groby tych, którzy tu spoczywają, lecz z powodu grobów tych osób, których tu nie ma."

Cmentarz jest czynny do dziś i nadal służy jako nekropolia.  W lipcu 2014 został uznany za pomnik historii.

Kamien5108

Kadisz (rozpoczynający wpis w wersji Maurice'a Ravela) to modlitwa odmawiana w czasie pogrzebu. Nie jest modlitwą za zmarłych, lecz prośbą o pokój i dobre życie.

W drodze do Itaki

varshava

Kilka dni temu (21 marca) był międzynarodowy dzień poezji. Przy tej okazji, a także w związku ze świętami, chwila refleksji wprost z podwarszawskiego Milanówka. Nie jestem miłośniczką napisów na murach, ale ten mnie urzekł.
I na deser Konstandinos  Kawafis, wiecznie doskonały, w tłumaczeniu Zygmunta Kubiaka.

Odys_w_Milano

 ITAKA 

Kiedy wyruszasz w podróż do Itaki 
życz sobie, żeby długie było wędrowanie, 
pełne przygód, pełne doświadczeń. 
Lajstryngów, Cyklopów, gniewnego Posejdona 
nie obawiaj się. Nic takiego 
na twojej drodze nie stanie, dopóki 
myślą trwasz na wyżynach, dopóki wyborne 
emocje dotykają twojego ducha i ciała. 
Lajstryngów, Cyklopów, dzikiego Posejdona 
nigdy nie spotkasz, jeśli ich w tę podróż 
nie zabierzesz we wnętrzu twojej własnej duszy, 
jeśli własna twa dusza nie wznieci ich przed tobą. 
 
Życz sobie, żeby długie było wędrowanie: 
by zaświtało wiele takich poranków lata, 
kiedy – z jaką uciechą, z jakim rozdradowaniem - 
podpływać będziesz do portów, nigdy przedtem nie widzianych; 
abyś się zatrzymywał w handlowych stacjach Fenicjan 
i piękne tam kupował rzeczy, 
masę perłową i koral, bursztyn i heban, 
i najróżniejsze, wyszukane olejki - 
ile ci się uda zmysłowych wonności znaleźć. 
Trzeba też, byś egipskich miast odwiedził wiele, 
aby uczyć się i jeszcze uczyć – od tych, co wiedzą. 
 
Przez cały ten czas pamiętaj o Itace
Przybycie do niej – twoim przeznaczeniem. 
Ale bynajmniej nie spiesz się w podróży. 
Lepiej, by trwała ona wiele lat, 
abyś stary już był, gdy dobijesz do tej wyspy, 
bogaty we wszystko, co zyskałeś po drodze, 
nie oczekując wcale, by ci dała bogactwo Itaka
 
Itaka dała ci tę piękną podróż. 
Bez Itaki nie wyruszyłbyś w drogę. 
Niczego więcej już ci dać nie może. 
 
A jeżeli ją znajdujesz ubogą, Itaka cię nie oszukała. 
Stawszy się tak mądry, po tylu doświadczeniach, 
już zrozumiałeś, co znaczą te Itaki.

K. Kawafis

Teleskop warszawski

varshava

Od czasu do czasu należy oddalić się od miasta, czy to realnie, czy wirtualnie. Dlatego dziś polecam bardzo warszawską wyprawę do... Chile, na pustynię Atakama. Dlaczego? Kiedy cały świat fascynuje się pierwszym w historii wykryciem fal grawitacyjnych, warto pokazać, że naukowcy z Warszawy już od dawna wykorzystują zjawisko wymyślone przez Einsteina, czyli mikrosoczewkowanie grawitacyjne, do wykrywania ciemnych, nieświecących lub słabo święcących obiektów w kosmosie. Korzystają z najlepszych obserwacyjnych warunków na świecie, więc właśnie w Chile stoi "Teleskop warszawski".

96070801
Źródło: Wiedza i Życie

Aparatura i projekt realizowany w Chile (o nazwie OGLE od: Optical Gravitational Lensing Experiment - Eksperyment Soczewkowania Grawitacyjnego) powstał dzięki pracownikom naukowym Obserwatorium Astronomicznego Uniwersytetu Warszawskiego. Kierujący tym przedsięwzięciem prof. Andrzej Udalski zaprojektował i stworzył specjalną aparaturę, czyli profesjonalne urządzenia do rejestracji światła. Ponieważ projekt realizowany jest od ponad dwudziestu lat, astronomowie dysponują ciągami obserwacyjnymi miliardów gwiazd i żaden inny projekt na świecie nie zebrał takiej ilości danych. 

Tylko co to jest soczewkowanie grawitacyjne? Zjawisko to wynika z ogólnej teorii względności sformułowanej przez Einsteina i polega na zakrzywieniu promieni świetlnych biegnących od odległej gwiazdy lub galaktyki przez pole grawitacyjne obiektu - nazywane soczewką - położonego idealnie na linii między źródłem a obserwatorem

GravitationalLensingScenario

źródło

przez co obraz się zniekształca, rozdwaja lub zwielokrotnia i pojawiają się takie, miłe dla oka obrazy:

hst_lens_smile.jpg.CROP.originaloriginalŹródlo

Tylko, że to czego poszukują astronomowie w projekcie OGLE jest znacznie trudniejsze do obserwacji, ponieważ jest to tzw. mikrosoczewkowanie grawitacyjne, które zachodzi w naszej galaktyce. Źródłem światła jest gwiazda w centrum galaktyki (20-30 tys lat świetlnych od nas), a zjawisko wywołuje jakiś obiekt punktowy, który przechodzi między obserwatorem, a tym właśnie źródłem. Ponieważ jest to mikrosoczewkowanie to wywołuje tylko jednorazowy wzrost jasności.

Dzięki projektowi OGLE udało się obserwacyjnie potwierdzić występowanie zjawiska mikrosoczewkowania grawitacyjnego. Ale odkryto też wiele planet pozasłonecznych, kwazarów, ciał w Pasie Kuipera, na odległym krańcu układu słonecznego, a przede wszystkim ogromną liczbę gwiazd zmiennych. Osobom chcącym dowiedzieć się więcej na ten i inne tematy polecam przy tej okazji program Astronarium.

Wpis może dziś mniej warszawski (choć przecież i teleskop tak się nazywa, i astronomowie z Warszawy zapoczątkowali i prowadzą projekt, z ktorego dane posłużyły do niezliczonej ilości odkryć). Na koniec więc warszawska sztuka uliczna, także z tematem powiązana. Pomyśl o gwiazdach.. zmiennych. A czasem o odległych kwazarach. I o soczewkowaniu grawitacyjnym, bo wygląda na to, że Einstein się nie mylił.

gwiazdy

 

"Taką będzie Warszawa"

varshava

17 stycznia  1945 r. żołnierze 1. Armii Wojska Polskiego oraz 47 i 61 Armii 1 Frontu Białoruskiego weszli do Warszawy. Tuż za nimi wracali Warszawiacy. Do miasta ruin, wszędzie leżących zwłok i smrodu. A jednak, mimo mrozu i braku wszystkiego co potrzebne do przeżycia, już od pierwszych dni po wyzwoleniu przybywały ich masy. 

ce849219ce33495b9c2222f420defe6b

1945. Zburzona kolumna Zygmunta III Wazy, źródło

Bardzo się cieszę, że w minionym roku wydano książkę Magdaleny Grzebałkowskiej "1945 wojna i pokój". Autorka wykonała benedyktyńską pracę odnajdując świadectwa, dokumenty, ludzi i opisując co działo się w Polsce już po wojnie. Zazwyczaj ograniczamy się do bohaterów wojennych i wojen. Dlatego takie książki, o zwykłych ludziach, o codzienności w czasach niezwykle trudnych są bardzo potrzebne. Też są o heroizmie, bo czyż nie jest bohaterstwem  np. powrót do nieistniejącego miasta?

Na koniec więc fragment z Przekroju wydanego w 1945 r. (znaleziony w tejże książce). Wizja warta uwagi.

Warszawa patrzy w przyszłość

Nie należy oczekiwać, że w czerwcu odbuduje się Hożą, w lipcu Wilczą, a sierpniu plac Grzybowski. Nie stanie się to ani w tym roku, ani za dwa lata. W pierwszym roku odbudowy nie stanie się właściwie nic. To znaczy nic efektownego, widocznego na zewnątrz. [...] Po roku praca ruszy pełną parą. Za 10 lat Warszawa stanie się najbardziej nowoczesnym "zespołem", dwumilionową stolicą, której pozazdrości nam cały świat. [...]. W miejsce dawnego śródmieścia stanie nowa dzielnica "dyspozycyjna". Rząd, ambasady, poselstwa, banki, centrale handlowe, zarządy. Tam, gdzie była ongiś Wola, stanie "Zachodnia Dzielnica Zaopatrzenia". [...] Wokół trzy dzielnice mieszkalne - Żoliborz, Saska Kępa, Mokotów. W tych pięciu fragmentach miasta mieszka tylko 700 000 mieszkańców. Pozostałe 1 300 000 znajdzie pomieszczenie w dalszych dzielnicach mieszkalnych od Góry Kalwarii do Modlina. Dzielnice te będą powiązane wspaniałymi szlakami komunikacyjnymi. [...] Każdy dom, a najwyżej każdy blok kilku kamienic Warszawy, otoczony będzie zieleńcami. Całe miasto będzie jednym wielkim miastem-ogrodem o zupełnie "luźnej" zabudowie. [...] całe miasto będzie w 100% zelektryfikowane. [...] Mimo tych bardzo nowoczesnych założeń postanowiono ze względu na tradycję - odbudować wiernie niektóre zabytki dawnej Warszawy. [...] Ta koncepcja, mimo zdań przeciwnych, nie podlega dyskusji.

Taką będzie Warszawa."

Aleja Przyjaciół nie tylko Jarosława Iwaszkiewicza

varshava

Najwybitniejszy, w moim mniemaniu, polski prozaik, Jarosław Iwaszkiewicz napisał kiedyś "Aleję Przyjaciół". To książka, która  jest opowieścią o jego przyjaźniach zadzierzgiwanych jeszcze w czasie dwudziestolecia międzywojennego, m.in z Antonim Sobańskim (nazwisko to pojawi się jeszcze w naszej opowieści). Tymczasem aleja Przyjaciół istnieje naprawdę. I jest to jedna z najbardziej urokliwych uliczek Warszawy. 

Swoją nazwę, jak twierdził Jerzy Waldorff, który od 1973 r. mieszkał przy tej ulicy do śmierci, zawdzięczała właśnie rodowi Sobańskich, którzy posiadali tu pałac z ogrodem. Przyjętym przez nich zwyczajem było zachęcanie do sadzenia kasztanowców przez odwiedzających ich przyjaciół. Pałac pozostał do dziś, lecz ogród na jego tyłach rozparcelowano by wytyczyć tu nową ulicę - aleję Przyjaciół. Sam pałac pełnił wiele funkcji politycznych, w PRL stanowił siedzibę Ogólnopolskiego Komitetu Frontu Jedności Narodu, a potem Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego. Po transformacji najpierw była to siedziba Komitetu Obywatelskiego, później Instytutu Lecha Wałęsy, a teraz mieści się tutaj Polska Rada Biznesu.

IMAG0739

Chyba jednak nie pałac jest najbardziej interesującym na tej ulicy (stoi zresztą do niej zwrócony tyłem) lecz kamienice, w większości zbudowane w stylu funkcjonalistycznym i modernistycznym. Były to kamienice luksusowe, o dużych mieszkaniach, pięknie wykończone. Stojąc na tak zacisznej (i ślepej) uliczce znalazły więc uznanie także Niemców, którzy od 1941 r. zaczęli zasiedlać te mieszkania i tworzyć tu "dzielnicę niemiecką". Dzięki temu miejsce to przetrwało nie tylko wojnę, lecz i Powstanie Warszawskie. Po roku 1945 mieszkania zajmowali chętnie i licznie m.in. dygnitarze nowego ustroju.

Dziś spojrzenie na jedną tylko z kamienic, znajdującą się pod numerem 8. Tzw. kamienica Regulskich (nazwisko przedwojennych właścicieli) została zaprojektowana przez spółkę architektów Gelbarda i Sigalina i wybudowana w latach 1936-1937. Jest to budynek w stylu cięższym niż rozwiązania typowe dla funkcjonalizmu, bardziej dekoracyjny. Nie oglądamy go zresztą dokładnie takim, jakim go zaprojektowano. Wkrótce po wybuchu wojny spadła nań bomba, która co prawda odbiła się od budynku i wybuchła na ziemi, lecz spowodowała znaczne szkody, naprawiane na przełomie 1939 i 1940 r.

W kamienicy mamy więc obowiązkowe lustro i alabastrowe ściany

lustro_przyjaciol_8

dekoracyjną mozaikę w holu

mozaika_przyjaciol_8

 i częściowo przeszklony szyb windy,tej samej, która funkcjonuje niezmiennie od początku istnienia budynku.

szybA vis-à-vis wejścia do kamienicy znajduje się tajemnicze okienko. Jest to okienko do portierni, wstawione tu podobno już w latach 1939-1940, w czasie odbudowy.

okienkoprzyjaciol

Podsumowując: dobrze jest mieć przyjaciół w alei Przyjaciół. Duża przyjemność estetyczna.

Wielki prezydent miasta

varshava

Był mroźny, grudniowy wieczór 1875 r., gdy Sokrates Starynkiewicz wysiadł z pociągu na Dworcu Petersburskim w Warszawie. Ten 55-letni wówczas generał gwardii carskiej nie sądził pewnie, patrząc na drewnianą, parterową zabudowę wokół, że to miasto zatrzyma go już na zawsze. W tym miesiącu mija więc 140 lat od momentu przejęcia prezydentury miasta przez jednego z największych jej zarządców, a 18 (lub 20 grudnia, w zależności od źródeł) minie także 195 lat od urodzin Sokratesa Starynkiewicza. Prezydenta, o którym zawsze warto przypominać, bo był to człowiek, który wprowadził nasze miasto w nowoczesność, Kazimierz Wielki Warszawy, zastał ją zacofaną a zostawił jako nowoczesną metropolię. Obowiązki prezydenta miasta (był właściwie p.o.) pełnił w latach 1875-1892, jednak po odejściu z urzędu pozostał na miejscu, często i chętnie służąc radą i działając w Warszawskim Towarzystwie Dobroczynnym. Zmarł w roku 1902, jest pochowany na cmentarzu prawosławnym na Woli, a w jego pogrzebie uczestniczyły rzesze Warszawiaków.

0_APW_zesp_1001_IV_16800Plan Miasta Warszawy, pomiar pod kierunkiem głównego inżyniewa W.H. Lindleya, 1888, litografia ręcznie kolorowana, źródło: Archiwum Państwowe m.st. Warszawy

No to co takiego zrobił, zapyta ktoś, że aż tak go honorujemy? Otóż dróg do modernizacji było wiele.

Po pierwsze - miasto do którego przyjechał praktycznie nie miało kanalizacji. Już w ciągu pierwszego roku swojego urzędowania zaczął organizować prace mające zmienić ten stan rzeczy (m.in. starając się o niełatwą do uzyskania zgodę znad Newy). A przecież rozwijajacemu się miastu bez kanalizacji brakowało wody pitnej, wody dla przemysłu, już nie wspominając o wielkich potrzebach sanitarnych, ogromnej śmiertelności i częstych epidemiach. Dzięki inżynierowi Lindleyowi (a potem jego synowi)  powstały plany miasta, a w kolejnych latach nowoczesna kanalizacja, rozbudowywana do dziś. Budowa kanalizacji to oczywiście czas rozkopanego miasta i utrudnień, ale był to także proces pociągający za sobą inne inwestycje: zmiany nawierzchni jezdni, chodników czy oświetlenia. Ponadto, dzięki kanalizacji nie tylko zwiększył się dostęp do wody, ale stawała się ona też tańsza. Rozwój kanalizacji miał także przeciwników, głównie właścicieli posesji zmuszonych do partycypowania w kosztach, jednak najciekawszym przejawem działalności wrogów kanalizacji jest broszura, która ukazała się w Krakowie w 1900 r. nakładem znanego wydawnictwa Gebethnera „Kanalizacja miasta Warszawy jako narzędzie judaizmu i szarlatanerii w celu zniszczenia rolnictwa polskiego oraz wytępienia ludności słowiańskiej nad Wisłą”

 

Po drugie - to z inicjatywy Sokratesa Starynkiewicza, równolegle do rozbudowy wodociągów i kanalizacji - powstawała miejska komunikacja. Pierwsza linia tramwaju konnego została uruchomiona w 1881 r.  I nawet jeśli wówczas już zachód przesiadał się do tramwajów elektrycznych, a w Londynie jeżdżono metrem, to jak na Warszawę - był to ogromny skok cywilizacyjny.

Po trzecie - ekspansja przemysłu w Warszawie doprowadziła do zniszczenia zieleni. Prezydent założył więc "komitet plantacyjny", zadrzewiano ulice, sadzono kwiaty, prowadzono renowację parków. Lubicie spacerować po Parku Ujazdowskim? Możecie być wdzięczni Sokratesowi Starynkiewiczowi za jego założenie.

Po czwarte - bardzo popularne ostatnio i efektowne zdjęcia gazowni na Woli, pokazują miejsce, które powstało dzięki prezydentowi.

z16814912IHGazowniaWarszawskaZdj. Maciej Margas, źródło

Po piąte, do rozwijającego się miasta przybywało coraz więcej ludzi, pojawiła się zatem potrzeba stworzenia nowej nekropolii. I to właśnie za czasów i z inicjatywy Starynkiewicza powstał cmentarz Bródnowski.

Po szóste, a wracając znów do kwestii sanitarnych - za czasów prezydenta Starynkiewicza handel, zwłaszcza produktami spożywczymi, odbywał się na wolnym powietrzu. I co prawda już po odejściu na emeryturę prezydenta, lecz znów z jego inicjatywy, powstawały pierwsze hale targowe w Warszawie.

Modernizacja miasta to także jego rozwój demograficzny i społeczny. Wzrósł popyt na pracę, potrzebna była siła robocza, która to wszystko wyprodukuje i ambitne plany wcieli w życie. Nie dziwi więc, że 26 sierpnia 1902 r. na cmentarz odprowadzało Sokratesa Starynkiewicza 100 000 osób, w mieście, które wówczas liczyło około 630 000 mieszkańców.

Pogrzeb_Sokratesa_Starynkiewicza_w_Warszawie_26_sierpnia_1902Kondukt pogrzebowy Sokratesa Starynkiewicza na placu Teatralnym w Warszawie , źródło

Święto Niepodległości czyli jak domknąć tę walizkę?

varshava

11 listopada to święto, o którego znaczeniu pisać nie musimy, bo każde dziecko w szkole się o tym uczy. Jak to jednak z historią bywa, poszczególne grupy interpretują ją wedle swoich pomysłów. Jest tak również z niektórymi organizacjami (zwłaszcza nacjonalistycznymi i faszyzującymi), które od kilku dobrych lat zagarniają tego dnia przestrzeń publiczną w Warszawie i innych miastach. Jeśli nawet uznamy, że osoby wychodzące na ulicę zadeklarują się jako spadkobiercy endecji - wciąż trudno będzie nam pojąć dlaczego zatem składają hołd Józefowi Piłsudskiemu, który nigdy bohaterem endecji nie był, a wręcz przeciwnie, z wzajemnością się z tą formacją nie lubił (delikatnie powiedziane). Pikiety endeckie mają długą, lecz nie zawsze chlubną tradycję.  W 1937 r. Jan Szeląg pisał tak:

"W śródmieściu Warszawy (...) panują endeckie pikiety. Jest to obyczaj po raz pierwszy wprowadzony na ulice stolicy Polski, a idący z miasteczek prowincjonalnych. Kronikom policyjnym i kryminalnym pozostawiamy sprawę zajść, które w czasie owego pikietowania mają miejsce. Prawnikom, moralistom i historykom naszej epoki pozostawiamy sprawę rozpatrzenia prawości owej akcji endeckiej, jej słuszności i zgodności z obyczajami cywilizowanego narodu. (...) Pikiety endeckie stoją przed sklepami, w których sprzedaje się książki. Pisma endeckie oenerowskie i im pokrewne nawołują do bojkotu jednych, a popierania innych sklepów z książkami."

W taki sposób próbowano "spolonizować" sprzedawców. Zresztą nie tylko to było przedmiotem zainteresowania przedwojennej endeckiej młodzieży nacjonalistycznej. Przypomnijmy, że walczyli także (i wywalczyli) o tzw. getta ławkowe, czyli wprowadzenie segregacji narodowościowej na polskich uniwersytetach. Oznaczało to, że studenci pochodzenia żydowskiego musieli siedzieć oddzielnie na salach wykładowych. Poniżej blokada Uniwersytetu z 1936 r. Jak widać obok postulatów narodowościowych "żądamy getta ławkowego" pojawiały się także socjalne "i obniżki opłat" i tradycyjne "Śmierć Żydokomunie".

blokada_uw

Źródło: NAC, Sygnatura: 1-N-3589-1

A poniżej już tradycyjne obchody Święta Niepodległości w Warszawie 11 listopada 1926 r., a więc pierwsze po przewrocie majowym, który, jak warto przypomnieć, rozpocząl 13 lat autorytarnych rządów sanacji.11.11._26

Źródło: NAC, Sygnatura: 22-257-4

Wisława Szymborska opisując jedną z lektur nadobowiązkowych napisała tak: "W którejś ze starych komedyjek Chaplin (bodajże), chcąc domknąć walizkę, obcina nożyczkami wszystko co z niej wystaje.. Jak widać historycy także borykają się ze swoją walizką".

W dzień świąteczny odsyłam więc do..."Wszystkich lektur nadobowiązkowych" wydanych przez Znak w 2015, czyli zebranych razem literackich felietonów Wisławy Szymborskiej.

Nigdy o Tobie

varshava

207

Nigdy o tobie nie ośmielam się mówić
ogromne niebo mojej dzielnicy
ani o was dachy powstrzymujące wodospad powietrza
piękne puszyste dachy włosy naszych domów
milczę także o was kominy laboratoria smutku
porzucone przez księżyc wyciągające szyje
i o was okna otwarte-zamknięte
które pękacie w poprzek gdy umieramy za morzem

 

(...)

Tyle uczuć mieści się między jednym uderzeniem serca a drugim

tyle przedmiotów można ująć w obie ręce

Nie dziwcie się że nie umiemy opisywać świata
tylko mówimy do rzeczy czule po imieniu

Zbigniew Herbert

 

Dwa dni temu Zbigniew Herbert skończyłby 91 lat. Nawet pisząc o Lwowie pisał uniwersalnie.

Rocznice i konkursy

varshava

Warszawa może pochwalić się jednym z najbardziej prestiżowych konkursów na świecie. Mowa oczywiście o Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym im. Fryderyka Chopina, którego XVII edycja rozpoczęła się 1 października tego roku. Pierwsza edycja miała miejsce w 1927 r. (choć pierwotnie jej rozpoczęcie planowane było na 15 października 1926 r, czyli w dzień odsłonięcia w Łazienkach Królewskich pomnika Chopina). Brało wówczas udział 26 muzyków z ośmiu krajów w tym - wówczas dwudziestoletni - Dymitr Szostakowicz. Pierwsze zmagania spotkały się z pozytywnym odbiorem. Do niedociągnięć można zaliczyć niezapewnienie uczestnikom sal do ćwiczeń, przez co muzycy zmuszeni byli ćwiczyć w prywatnych mieszkaniach. 88 lat temu zwycięzcą został reprezentant ZSRR Lew Oborin, ale druga i trzecia nagroda przypadły Polakom:  Stanisławowi Szpinalskiemu i Róży Etkin.

konkurs011927

Źródło

A teraz szybki skok o prawie 40 lat. Mamy rok 1965, czyli dokładnie 50 lat temu. W VII edycji konkursu większość nagród przypada reprezentantom Ameryki Łacińskiej. Miejsce pierwsze zajęła Argentynka, Martha Argerich, zwana wówczas "czarną panterą fortepianu". Rozpoczęła zresztą swoje występy nietypowo... od ucieczki sprzed wejścia na estradę. Miejsce drugie zajął Brazylijczyk Arthur Moreira Lima, a trzecie Polka - Marta Sosińska  Konkurs nazwano wówczas "Wielkim" ze względu na dodanie dodatkowego, czwartego etapu. Dodatkowym utrudnieniem była szalejąca grypa, która zbierała żniwo zarówno wśród jurorów, jak i wśród uczestników.

martha

Martha Argerich w warszawskiej Filharmonii podczas konkursu, 1965 r., Źródło

Tegoroczny Konkurs Chopinowski  - zmagania muzyków i komentarze ekspertów - można śledzić przez cały czas w radiowej dwójce, do czego gorąco zachęcam. Wysoki poziom konkursu sprawia, ze trudno laikowi ocenić kto powinien wygrać. Jak pisał Wiech:

"Cały konkurs polega na wytrzymałości publiki i sędziów, bo wszystkie młodziaki grają na duży złoty medal i nikt nie jest w stanie się połapać, który lepiej. Muzyka jest taka więcej przepiękna, tylko ciut-ciut jednostalna. Taki na przykład marsz żałobny, jak go się słyszy pierwszy raz, podoba się szalennie, za czwartem już nie tak bawi. Mile widziane są krótsze kawałki, przy dłuższych publika dostaje niemożebnego kaszlu. Sam miałem przejście z takiem kaszlącem osobnikiem. Tak mnie zgniewał, że mówię do niego koniec końców - Coś pan tu przyszedł na koklusz chorować czy jak? Każden się męczy, każden by wolał "Ciche wode". Teraz leguramin ma być zmieniony. Jak pierwszy z sędziów zacznie kasłać albo w kimono uderzy, młodzik będzie miał prawo przerwać sonatę b-moll z wariacjamy i zasunąć tango Milonga albo coś innego do słuchu. Jednem słowem życie przyznało mnie racje."

O zmianie regulaminu jednak do dziś nic nie wiadomo. ;)

Dziś opisuję wybrane rocznice bardziej i mniej okrągłe. Konkurs Chopinowski ma już 88 lat. Dokładnie pół wieku temu wygrała go Martha Argerich, która po raz kolejny zasiada obecnie w jury i wraz z Nelsonem Goernerem zagrała na Koncercie Inaugurującym wydarzenie. 5 lat temu konkurs wygrała Juliana Awdiejewa, o czym już zdążyłam tu napisać, bo blog obchodzi dziś 7. urodziny.

A na koniec ballada f-moll grana przez laureatkę pięć lat temu. Nikt nie kasłał. 
 

Julian Tuwim i Tomasz Mann

varshava

Ten, kto ma zwyczaj zaglądać tu od czasu do czasu wie, że lubię wielu poetów, lecz tym pierwszym (a czy pierwsza miłość nie porusza najdelikatniejszych strun w sercu przez całe życie?) zawsze będzie dla mnie Julian Tuwim. Dziś Książę Poetów skończyłby 121 lat. Z tej okazji kolejna warszawska historia. I choć jej głównym bohaterem był Tomasz Mann... my skupimy się na naszym zacnym Jubilacie (pisuję o nim często, odsyłam choćby do zeszłorocznej, okrągłej rocznicy, 120)

Jest 12 marca 1927, Tuwim mieszka w Warszawie już od ponad dekady, cieszy się sławą i powodzeniem (a martwi antysemityzmem, lecz jeszcze nie tak rozszalałym jak za kilka lat). W tymże roku na zaproszenie polskiego PEN Clubu przybywa z wizytą do Polski wielki pisarz niemiecki, Tomasz Mann, który - choć Nagrodę Nobla dostanie dopiero za dwa lata (w 1929 r.) - już cieszy się ogromną popularnością. Dlatego na to spotkanie w winiarni u Fukiera na Starym Mieście (miejsce wyjątkowe, wymagające dodatkowego wpisu!) wybrała się elita literacka tamtego czasu, można rzec: crème de la crème. Nie mogło więc zabraknąć tam Juliana Tuwima. Na zdjęciu poniżej Tuwim pije zdrowie Gościa (siedzi drugi od lewej). 

Mann_Tuwim_1927Źródło: NAC, sygn. 1-K-2093-3

A oprócz Juliana Tuwima i stojącego na środku Tomasza Manna widać tu m.in. Juliusza Kaden-Bandrowskiego, Kazimierza Wierzyńskiego, Jan Lechonia, Ferdynanda Goetla i Ludwika Hieronima Morstina.

Na drugim z kolei zdjęciu Julian Tuwim siedzi tuż za Gościem wpisującym się do księgi.

Mann__Tuwim_1927_2

Źródło: NAC, sygn. 1-K-2093-4

Kolejne zdjęcie to już nie tylko zacne osoby, ale i mury słynnej winiarni u Fukiera. Julian Tuwim stoi dokładnie nad Tomaszem Mannem, a po jego prawej, wysoki i piękny, jeden z najwybitniejszych pisarzy polskich: Jarosław Iwaszkiewicz.

Mann_Tuwim_IwaszkiewiczŹrodło: NAC, sygn.1-K-2093-2

Lata 1927-1928 to okres obfitujący w liczne wydarzenia natury towarzyskiej i przyjęcia o charakterze literackim i politycznym. Miesiąc po spotkaniu z Tomaszem Mannem Tuwim brał udział w bankiecie na część Konstantego Balmonta, a rok później w raucie na cześć przebywającego w Polsce króla Afganistanu Chana-Amanullaha. Skamandryci, jak to mieli w zwyczaju, czynili sobie z takich wydarzeń liczne dowcipy. Z tej ostatniej okazji Tuwim ze Słonimskim wydali broszurę, którą porozkładali na widocznych miejscach w czasie przyjęcia w Zamku. Broszura ta miała za zadanie spuścić trochę powietrza z nadętej atmosfery wokół spotkania i na dzisiejsze czasy jej treść może wydawać się trochę niepolityczna, pamiętajmy jednak, że był to rok 1928. A oto co w niej między innymi napisano:

Broszura wydana na przyjazd Amanullaha. Wygłup, pure-nonsens (...). Na zapytanie, jak długo Cesarz zamierza pozostać w Polsce  - Amanullah odpowiedział "Ghor", co znaczy w dokładnym przekładzie: "Czekam na wiadomość, kiedy odbędą się zaręczyny mojej córki, po czym wyjadę albo przez kraje sąsiednie, albo przez kraje niesąsiednie, aby w dzień zaręczyn trzymać nad głową zaręczonych baldachim składany, albo nieskładany, wykonany dla mnie przez firmę "Scott, Scott and Palmer", albo przez firmę "Palmer, Palmer and Scott".

© Warszawa
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci