Miasto na wskroś mnie przeszywa
statystyka I Support WWF PustaMiska - akcja charytatywna
środa, 25 stycznia 2012

Niedawno wydano książkę "Afryka w Warszawie" -polecam! Ostatnio dużo mówi się i promuje ten kontynent u nas (np. za pomocą Kopernika;) Czasem warto zastanowić się ile jest u nas także innych kontynentów. Ile jest na przykład Ameryki Południowej? A dokładnie - Brazylii? 

Poza niezliczonymi szkołami samby i języków latynoskich, a także restauracji i festiwali typu Bom Dia Brasil mamy na Saskiej Kępie ulicę Brazylijską. Od całkiem niedawna jest też na rogu Wspólnej i Marszałkowskiej "Browar de Brasil". Nie wiem jeszcze czy przyjemnie w środku, wiem natomiast, że neon widać już z daleka, dzięki czemu w styczniu jest może trochę cieplej.

Działa też w Warszawie fundacja Terra Brasilis, która stara się ten kraj przybliżać (dzięki artykułom, ale i pokazom filmów czy innego typu spotkaniom - warto śledzić te działania!). Ale wpis powstał tak naprawdę dlatego, by dziś trochę Brazylii znalazło się w Waszych domach. Otóż dokładnie 85 lat temu urodził się Antônio Carlos Jobim, czyli brazylijski kompozytor i wykonawca, którego uważa się za jednego z twórców bossa novy. Z tej okazji utwór, który - jak twierdzą członkowie Terra Brasilis - uchodzi za najczęściej wykonywaną piosenkę brazylijską na świecie.



19:43, varshava
Link Komentarze (7) »
niedziela, 15 stycznia 2012

Jedną ze śródmiejskich ciekawostek, w najlepszym turystycznie miejscu stolicy - a więc niedaleko Łazienek, Parku Ujazdowskiego, Traktu Królewskiego i Sejmu - są domki fińskie. Na pewno jest to rzecz oryginalna i warta zobaczenia, zwłaszcza, że przyszłość tych domków jest niepewna. Trzeba jednak dodać, że ich przyszłość od zawsze jest niepewna, więc może nie należy martwić się na zapas.

Ich historia jest prosta. Po drugiej wojnie światowej zostały zafundowane przez Finlandię w ramach reparacji wojennych, które ten kraj musiał świadczyć na rzecz ZSRR. W około trzydziestu domkach stworzono tymczasową siedzibę Biura Odbudowy Stolicy (BOS). Tymczasowo, przez okres sześciu lat zamieszkiwali tam ci pracownicy BOS, którzy nie mieli innego lokum w stolicy. Mijały lata, mieszkańcy częściowo się zmieniali, lecz domki nadal pozostały zamieszkane. Niektórzy unowocześniali swoje domy, część rozbudowywano. Powstała tam też swoista wspólnota lokalna.

Jednak od wielu lat różne władze ostrzą sobie zęby na ten doskonały pod kątem inwestycyjnym teren.  Do tej  pory udawało się jednak odeprzeć ataki. Obecnie do mieszkańców znów dotarły wieści, że od 2012 r. władze miasta zamierzają definitywnie przeprowadzić wykwaterowanie i do 2014 r. ma nie być śladu po osiedlu. Tereny są bardzo atrakcyjne dla Sejmu, który planuje rozbudowę, mówi się też o ulokowaniu tu ambasad. Wielu architektów opowiada się za stworzeniem Parku Kultury i Sztuki dostępnego dla wszystkich.

Ja osobiście solidaryzuję się z mieszkańcami domków. Uważam, że osiedle wpisuje się w warszawską specyfikę. Nie da się go łatwo ochronić, bo nie może zostać wpisane na listę zabytków - część domów była rozbudowywana i nie zachowała swej pierwotnej formy (zamieszkane przecież w dużej mierze przez architektów!). Jednak są oryginalną częścią miasta. Obok jest mnóstwo terenów publicznych, dostępnych dla wszystkich, a spacer między domkami fińskimi też jest urokliwy i na pewno nie mniej ciekawy niż typowe atrakcje turystyczne. A może właśnie pokazuje bardziej prawdziwe oblicze miasta?

Na koniec jeszcze domki w oprawie letniej:

środa, 04 stycznia 2012

W swojej różnorodności Warszawa zachwyca. Mój zachwyt wzbudza m.in. to co jest, jak przypuszczam, politycznie niepoprawne. Bardzo lubię bowiem tę część Warszawy, która została wybudowana po wojnie w stylu socrealistycznym. MDM - plac Konstytucji, socrealistyczna część Muranowa, budynek Ministerstwa Rolnictwa przy Wspólnej, Pałac Kultury i wiele, wiele innych.

MDM nocą, źródło

To co pisze się o tym okresie w sztuce i architekturze jest wg mnie często niesprawiedliwe i prawie zawsze upolitycznione. W pewnym artykule spotkałam się nawet z tezą, że tak jak na przełomie lat 40/50 krytykowano wszystko co wiązało się z poprzednim ustrojem - tak samo robi się teraz z PRLem. 

Pałac Kultury, fragment


Tymczasem sprawa wydaje się bardziej złożona. Oczywiście de gustibus non est disputandum, ale już o polityce rozmawiać można. A moim zdaniem nie jest tak, że wszystko co socrealistyczne to Stalin i zagłada. Dlatego warto obalić kilka mitów:
1. Socrealizm nie był czymś zupełnie nowym, wyrwanym z kontekstu.  Wraz z rozwojem myśli architektonicznej kwitły sztuki plastyczne przemawiające do ludu sugestywną symboliką. To czas rozkwitu monumentalnej dekoracji: sgraffita, mozaiki i malarstwa ściennego, którego renesans nastąpił już w dwudziestoleciu międzywojennym.

2. Socrealizm budzi wciąż negatywne emocje, choć nie był przecież pierwszym stylem sztuki, całkowicie podporządkowanym polityce i władzy. Czemu nie budzi takich kontrowersji klasycyzujący barok Ludwika XVI (le roi soleil!) czy empire epoki napoleońskiej?

3. Socrealizm skończył się w 1956 r., a niektórzy historycy sztuki twierdzą nawet, że w 1953. Fakt ten wydaje się oczywisty, lecz sama w minionym roku spotkałam dziewczynę, która twierdziła, że „te socrealne bloki osiedla za żelazną bramą jej się nie podobają”. 

4. Powiedzmy więc i o początkach: w czerwcu 1949 r.,  podczas Krajowej Partyjnej Narady Architektów jako obowiązujący styl uznano realizm socjalistyczny. (Socjalistycznie w treści, realistycznie w formie). Jednakże ta forma odwoływała się do renesansu, baroku, klasycyzmu, a nawet rokoka. Socrealizmowi w Warszawie zawdzięczamy także przestrzenność poszczególnych założeń i to, czego potem, a zwłaszcza w naszych czasach tak bardzo brakuje: traktowania miasta jako jednolitego organizmu.




Wszystkim szerzej zainteresowanym tymi kwestiami polecam bardzo interesujący artykuł Katarzyny Liwak-Rybak, Socrealizm fakty i mity, Spotkania z zabytkami nr 5/2009. Dostępny tez w Internecie: tu.

A ciekawe socrealistyczne mozaiki pojawiały się już u mnie, na przykład tu.

piątek, 23 grudnia 2011

Ponieważ w tym roku nie ma śniegu, który tak bardzo przyczynia się do wytwarzania świątecznej atmosfery - dziś zdjęcie zrobione dwa lata temu.

Niezależnie jednak od pogody - życzę Wszystkim Czytelnikom bloga wesołych świąt!:)

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Jeśli jesteście w Warszawie krótko, a chcielibyście zobaczyć jak najwięcej to najlepszym środkiem lokomocji jest rower. Pogoda sprzyja, zima chyba o nas w tym roku zapomniała, warto więc pozwiedzać w ten sposób (rowerowa, piękna Warszawa nocą i nad ranem;)



Wpis z pozdrowieniami dla Marcina, od którego dostałam ten link:)

poniedziałek, 28 listopada 2011

Kiedy pogoda robi się tak ponuro-wietrzno-deszczowa jak mam w tej chwili za oknem, a Wy spodziewacie się gości, którym chcielibyście pokazać Warszawę z najpiękniejszej strony - jest na to rozwiązanie. Nie Starówka, nie Trakt Królewski, nawet nie Wilanów czy widok z tarasu widokowego PKiN może Was uratować. Trzeba udać się do Filtrów Lindleya.

To najlepiej utrzymany zabytek XIX-wiecznej architektury przemysłowej w Warszawie. Budowę filtrów zlecił w 1876 r. ówczesny prezydent Warszawy generał Sokrates Starynkiewicz. Warto zwrócić uwagę na tę postać, mimo że był p.o. prezydenta narzuconym przez zaborcę i rosyjskim generałem, cieszył się olbrzymim uznaniem zarówno wśród jemu współczesnych (w tym np. Bolesława Prusa) jak i znawców Warszawy naszych czasów. 

System wodociągów i filtrów zaprojektował angielski inżynier William Lindley, a  dzieło kontynuował jego  syn, William Heerlein Lindley. Byli to wybitni inżynierowie znani w całej Europie. Projektowali (lub opiniowali) sieci wodociągowe także w takich stolicach jak Budapeszt, Wiedeń, Praga czy Moskwa. Przyczynili się też do rozwoju kanalizacji w wielu polskich miastach: Łodzi, Lwowie, Jeleniej Górze czy Radomiu. Inżynierowie ci byli ludźmi niezwykle wszechstronnymi, a syn, Wiliam Heerlein zasłynął także z prac geodezyjnych. Stworzył bardzo szczegółowe plany Warszawy, które do dziś zachwycają swoim kunsztem. Większość z ośmiu tysięcy arkuszy przetrwała i są dostępne w Archiwum m.st. Warszawy. Można je też obejrzeć on-line, w wielokrotnie już przeze mnie tu podziwianym serwisie mapowym Urzędu miasta (w zakładce Warszawa historyczna). Polecam, bo to nie lada przyjemność!

Wróćmy jednak do Filtrów. Lindley znalazł najwyżej położony punkt miasta (pozostałość po wysoczyźnie polodowcowej, około 113 m. n.p.m.) i właśnie w tym miejscu wybudował stację filtrów. Prace rozpoczęto w 1881 r., a pierwsza woda do domów dotarła już 3 lipca 1886 r. - czyli dokładnie 125 lat temu! Przy budowie wykorzystano najnowocześniejsze rozwiązania techniczne i użyto materiałów najwyższej jakości.

Wieża ciśnień od środka

Budowę wodociągów i kanalizacji kontynuowano, z przerwami na okres pierwszej i drugiej wojny światowej, które spowodowały znaczne straty, później odbudowywane.

Filtry warszawskie, poza tym, że są niezwykła atrakcją zarówno dla wielbicieli techniki, jak i dla wszystkich innych - pełnią swą zasadniczą funkcję do dziś, oczywiscie rozbudowywane i bardzo zmodernizowane. Filtry pospieszne do tej pory uzdatniają warszawiakom wodę, czerpaną spod dna Wisły przez ujęcie zwane „Grubą Kaśką”.

Ja jednak na koniec jeszcze raz dodam zdjęcie filtrów powolnych, bo to chyba one robią największe wrażenie ;-)

00:12, varshava , Ochota
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 14 listopada 2011

Kiedy pogoda robi się listopadowa i ponura jest pewien środek na poprawę nastroju, znany już od 1965 r. a mianowicie:



Dlatego nie można dać się smutkom jesiennym i trzeba uciekać przed nimi w światła miasta:)

A gdy chmury przejdą, nad głowami czasem i dziwny Księżyc można zobaczyć:




21:55, varshava
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 07 listopada 2011

Dziś mija dokładnie 144 rocznica urodzin Marii Skłodowskiej-Curie, a więc Polki Wszechczasów, która sto lat temu otrzymała drugiego Nobla (pierwszego wraz z mężem i Henrim Becquerelem odebrala w 1903 r.). 

Stolica bardzo dobrze pamięta, że dwukrotna noblistka i wybitny naukowiec urodziła się w Warszawie.  Z tej okazji wiele dzieje się w naszym mieście. Na rocznicę urodzin bohaterki tego roku przygotowano już "Ścieżkę Marii Skłodowskiej-Curie". Przed wejściem do Ogrodu Saskiego można na przykład rozkręcić atomowe rowery, które zaczynają świecić ledowym światłem. Instalacja znajduje się naprzeciwko miejsca, gdzie znajdowała się pensja, do której chodziła Maria Skłodowska-Curie. Z kolei tuż przed bramą UW, a więc Uniwersytetu, w którym w 1921 roku nadano jej tytuł profesora honorowego Wydziału Filozofii znajduje się dłoń trzymająca rad wieczorami świecący na zielono.

Niedaleko przy Karowej kubiki-pierwiastki wyznaczają miejsce po gmachu gimnazjum rządowego ukończonego przez Skłodowską ze złotym medalem.

Model akceleratora cząstek, a więc urządzenia, które służy do przyspieszania cząstek elementarnych lub jonów do prędkości bliskich prędkości światła stoi przed Politechniką, na której noblistka uzyskała tytuł doktora honoris causa (niestety, pracowała naukowo nie w Polsce lecz we Francji dlatego, że nie przyjęto jej na UJ ze względu na płeć. U nas została tylko doktorem honoris causa..).

Ścieżka się rozszerza dziś pojawią się nowe instalacje - na placu Teatralnym, przy skarpie wiślanej i przed pałacem Staszica. Wszystkie te warszawskie miejsca związane są z Marią Skłodowską - Curie. Warto udać się jej śladem. Wszelkie dodatkowe informacje dostępne są na specjalnej stronie Urzędu Miasta.

piątek, 04 listopada 2011

Artyści Europie, czyli wielkoformatowe portrety wybitnych i cenionych w świecie artystów polskich lub w Polsce urodzonych. Znajdziecie je w Alejach Ujazdowskich, tu można o wystawie poczytać.

sobota, 29 października 2011

Po ulicach Starej Pragi krążyć trzeba zawsze ze wzrokiem uważnym, bo na każdym kroku spotkać można jakąś perłę. Jedną z nich jest Dom Akademicki Studentów Żydów przy ulicy Sierakowskiego 7.

Dom powstał w latach 20. XX wieku, według projektu Henryka Stifelmana i Stanisława Weissa. Sięgneli oni do tradycji manieryzmu i baroku. Szczególnie bogata jest dekoracja środkowej części fasady tej kamienicy. Warto też zwrocić uwagę na ryzality zakończone attykami. 

W tym domu akademickim mieszkała młodzież żydowska studiująca w Warszawie (budowa świeckiego akademika w pobliżu synagogi spotkała się ze sprzeciwem ortodoksyjnych Żydów). Akademik był wówczas bardzo nowoczesny, znajdowała się tam sala gimnastyczna, czytelnia, biblioteka, specjalne pokoje przyjmowania odwiedzin, gabinet lekarski,  klub, pracownia radiowa,  a nawet ciemnia fotograficzna! Pokoje były dwuosobowe, najczęsciej z łazienką. W sumie mogło tu mieszkać 300 studentów. Jednym z nich był Menachem Begin, który studiował prawo na UW, później został premierem Izraela, a w 1978 r. wraz z Anwarem Sadatem - egipskim prezydentem, otrzymał pokojową Nagrodę Nobla.


W czasie drugiej wojny światowej w kamienicy znajdował się Szpital Praski, od 1944 r. NKWD, a potem Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa. Obecnie miejsce jest już spokojne - mieści się tu hotel policyjny.

niedziela, 16 października 2011

W swoim czasie wspominałam na blogu o czarnoskórym uczestniku Powstania Warszawskiego. Ci, którzy czytali Wiecha doskonale wiedzą, że ta historia nie jest żadną zagadką, a był to po prostu Jumbo Johnson, który był szoferakiem u Amerykanina Briksa. W 1939 r. pojawił się w "Café pod minogą", gdzie w tej restauracji III kategorii z wyszynkiem napojów alkoholowych zjeść można było pieczeń rzemską lub zrazy po nelsońsku z gżypkamy - i gdzie na skutek licznych zawirowań, o których tu opowiadać nie będę - Jumbo pozostał na okres wojny.

"Café pod minogą" mieściła się w tej kamienicy, przy ulicy Zapiecek (rzecz jasna tylko w książce, choć mówi się, że wiele w tej okolicy było pierwowzorów dla tej restauracji):

W "Café pod minogą" Wiech, poza tym, że przedstawił bardzo barwny obraz mieszkańców Warszawy, różnych profesji się imających i o różnych charakterach - zrobił coś jeszcze: próbował odczarować stereotypowe myślenie o mieszkańcach przybyłych z Afryki. Jumbo jest postacią bardzo pozytywną. Do tego, gdy po raz pierwszy pojawić się ma w restauracji i pan Konstanty Aniołek (bo tak się nazywa właściciel)martwi się, że nie ma odpowiedniej dla niego strawy słyszymy z ust naszego bohatera: "Z kogo że pan tu humorystyczną drakie odstawiasz, panie szanowny, jaki że ja dziki jestem, o wiele dwadzieścia pięć lat w Warszawie mieszkam. Małpy ani papugi cholery za żadne pieniądze do ust bym nie wziął, formalną zakąską tak jak i pan się posługuję". Czyli nie ma znaczenia kolor skóry, a przybysz z Afryki jest takim samym jak wszyscy "leguralnem warszawiakiem".

Polecam wszystkim przede wszystkim lekturę "Café pod minogą" i "Maniuś Kitajec i jego ferajna", ale przy okazji udajcie się także w podróż po Warszawie, zaproponowaną przez portal Afryka.org dostępną tu: Detalyczny opis rajzy po stolycy śladami Jumbo, leguralnego Warszawiaka z Afryki.

(a tu - do obejrzenia)

piątek, 07 października 2011

 ... życzę nam wszystkim ulic Mokotowa;-)

I naprawdę, pamiętajmy by pójść oddać głos. Nie będę po raz kolejny (jak wtedy i wtedy) pisać o tym, że Warszawa przoduje jeśli chodzi o wyborczą frekwencję. Po prostu zachęcam do pójścia na wybory wszystkich Polaków, żeby miło nam było obudzić się 10 października. 

poniedziałek, 03 października 2011

"Na przekór słonecznym obyczajom jasnego miasta, mgła od wczesnego ranka owijała lekkim, rozjaśnianym miarowo przez słońce płaszczem mnożące się domy, unicestwione przestrzenie, wykwity ziemi i budowli. (...)

Budzenie się miasta - dzięki ustępującej mgle lub w jakiś inny sposób - to dla mnie zawsze coś bardziej rozczulającego niż jutrzenka promieniejąca nad polami. (...) Świt na wsi robi mi dobrze, świt w mieście dobrze i źle; czyli więcej niż dobrze. Tak, bo ta większa nadzieja, jaką mi daje, ma jak wszystkie nadzieje tę odległą i melancholijną cierpkość czegoś nierzeczywistego. Wiejski poranek istnieje, miejski poranek obiecuje. Pierwszy budzi do życia, drugi do myślenia. A ja, jak wielcy potępieńcy, nie mogę się uwolnić od poczucia, że lepiej myśleć niż żyć."

Tekst jest fragmentem książki "Księga niepokoju" jednego z najznamienitszych pisarzy portugalskich Fernando Pessoa (tłum. M. Lipszyc). A autorem zdjęć tym razem nie jestem ja lecz Zosia.

sobota, 01 października 2011

Pogoda ostatnio nas po prostu rozpieszcza, a że mamy lato w październiku to nie można tego zmarnować. Dziś więc spacer na Pragę:)

Na osiedle Praga II mówiło się trochę na wyrost: Praski MDM. Rzeczywiście po środku osiedla znajduje się ówczesny plac Leńskiego (dziś Hallera) - otoczony budynkami monumentalnymi, choć ich architektura jest znacznie skromniejsza niż tych z centrum Warszawy. Dolne kondygnacje wykończono jednak solidnie czerwonym i szarym piaskowcem.

Plac został wytyczony jako główna oś Osiedla Praga II i zbudowano go w latach 1952-1954. Otacza go 6-piętrowa zabudowa socrealistyczna. Sam plac, jak przystało na socrealistyczną architekturę charakteryzuje się wielką przestrzenią między domami. 

Dla wielu zamieszkanie tu było przełomem: na początku do mieszkań z ogrzewaniem, łazienkami i kuchniami sprowadzali się ludzie, którzy wcześniej mieszkali w starych ruderach, a wielu z nich nie korzystało wcześniej nawet z elektryczności. Warto dodać, że na przełomie lat 50. i 60. osiedle biło rekordy statystyczne: rodziło się tu najwięcej dzieci w Warszawie.

Dziś, mam wrażenie, że dominują osoby starsze (ale może młodzi w tak piękną, słoneczną sobotę udali się za miasto), które mogą znaleźć chwilę relaksu choćby przy znajdującej się na środku placu fontannie. 

sobota, 24 września 2011

W tak piękną, słoneczną sobotę jak dziś trudno usiedzieć w domu. I bardzo dobrze, zwłaszcza gdy na Żoliborzu taka moc atrakcji jednego dnia. Najpierw otwarto fort Sokolnickiego (którego przyszłości tak naprawdę nie znamy jeszcze..) ale cieszy fakt, że go otwarto.

Potem Żoliborz świętował urodziny placu Wilsona. Z tej okazji oprócz dziesiątków wydarzeń w parku Żeromskiego (sam plac Wilsona kiedyś nazywał się placem Żeromskiego - historię placu można zbadać dokładnie przyglądając się wystawie na ogrodzeniu parku), odbyła się także parada mieszkańców Żoliborza. A na platformie jechał nie byle kto, bo sam prezydent Thomas Woodrow Wilson ;-)

Tak, tak, to ten sam Wilson, który za swoją działalność otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla i który wsród swoich 14 punktów przedstawionych Kongresowi w styczniu 1918 r. postulował założenie Ligi Narodów oraz stworzenie niepodległego państwa polskiego. Trzeba przyznać, że jak na swoje lata trzyma się całkiem nieźle. Nawet Alina wystroiła się z okazji wizyty tak zacnego gościa: 

Zresztą Wilson jest zawsze skąpany w kwiatach:

I jak tu nie kochać placu Wilsona? Przy okazji zaznaczę, że nazwę tego warszawskiego placu lepiej czytać przez "W" a nie przez "Ł". W każdym razie większość z nas, Żoliborzan, taką wersję woli, co uszanowano w metrze, gdzie następna po Dworcu Gdańskim stacja to Plac Wilsona przez W;-) (do posłuchania:).

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13